W Brukseli niespodziewanie 1:0 dla Polski. Nie mówię o Rosji i mięsie, lecz o piłkarzach. Po słabym starcie w eliminacjach ME reprezentacja odrabia straty. W niezłym stylu, choć bez fajerwerków pokonała na wyjeździe dość silną Belgię i liczy się w walce o wyjście z grupy. Tyle, że ja nie umiem się tym specjalnie cieszyć.
Przyczyny są natury historycznej, choć kiedyś było inaczej. W latach 70. chadzałem na Gwardię, potem na Legię, pasjonowałem się piłką, siatkówką, hokejem, a podczas finału siatkówki na Olimpiadzie w Montrealu wręcz oniemiałem.
Przyszedł jednak stan wojenny i pewien gorący dzień latem 1982 r. W ramach obowiązków służbowych maszerowałem stałą trasą przez nauczycielskie osiedla przy Batorego i Bruna, odwiedzając kolejne skrzynki i odbierając konspiracyjną pocztę (jak dziwnie to dziś brzmi...).
Wszystkie okna były otwarte, a z okien tych co kilkanaście minut dobiegał dziki wrzask radości. Na Mundialu Polska, po niezbyt udanym początku w grupie, gromiła Chile 5:1. Wybuchów wrzasku było więc pięć, a każdy kolejny utwierdzał mnie we wrażeniu, że wszyscy mają gdzieś konspirę i co ja tu w ogóle robię.
Bo też Jaruzelski umiał wykorzystać dla siebie piłkarzy i ich wyniki. Takie nastawienie do sportu pozostało mi więc do końca lat 80. Dziś nie ma Jaruzelskiego, a moja niechęć do polskich sukcesów sportowych naturalnie minęła - ale nie wróciły już niegdysiejsze emocje. Po prostu jest mi prawie wszystko jedno.
Jest coś ze mną nie tak?
58
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (9)