Podobno "prawie" robi wielką różnicę. Jestem jednak prawie historykiem. Napisałem nawet i wydałem w 50-tysięcznym nakładzie pracę dyplomową, lecz nie zdążyłem jej obronić, bo znów porwał mnie nurt wydarzeń. Musiałbym zresztą dorobić aparat, bo do druku szła wersja popularna, i zdać egzamin z nowożytnej, do której jakoś mnie wcześniej nie ciągnęło.
Z dwóch moich zawodów wyuczonych, lub prawie wyuczonych, bardziej jednak czuję się historykiem niż magistrem inżynierem podstawowych problemów techniki. Pisząc poprzedni post podlegałem więc emocjom, które oto po godzinie dojrzały w postaci następnego postu. Drugi wicekrólik Salonu24 ma się nieźle ;)
Otóż martwi mnie, że wszyscy razem tak niewiele wiemy o ludziach z przeszłości. Jak niewiele w druku czy w necie publikacji o życiu codziennym, obyczajach, warunkach życia, cenach. Historia w wydaniu szkolnym sprowadza się do 3Z: zakuć, zdać i zapomnieć. Nieomalże starczy wykuć poczet królów polskich i daty 10 największych bitew, by zdać maturę - i ile w ogóle można jeszcze zdawać maturę z historii...
Parę lat temu, na kolejnym Rajdzie Cytrynki, trafiłem z dziećmi do wiejskiego skansenu pod Kielcami. Tadeusz chwilę wcześniej zasnął - miał sześć lat i wystarczyło mu parę minut stabilnej jazdy na chęcińskiej dwupasmówce. Zostawiwszy go w samochodzie, ruszyłem z ośmioletnią wtedy Basią, by szukać w skansenie rozwiązania kolejnego zadania rajdowego.
Rajdy Cytrynki miały to do siebie, że liczyło się wszystko, tylko nie czas - linkuję filmik (7 MB) dający o nich pojęcie. Spacerując od obiektu do obiektu znaleźliśmy się w maleńkiej sionce XVI-wiecznej chłopskiej chaty. Akurat było pusto, więc stanęliśmy tuż przy barierce zagradzającej niestety wstęp do chałupy, a Basia zaczęła zadawać pytania. Zaczęła bodajże od balii stojącej koło pieca, i barłogu za tymże piecem.
Pogrzebałem w zakamarkach pamięci. I tak miałem szczęście - w Instytucie Historii warszawskiego Uniwerka przynajmniej za czasów mego studiowania pracowało sporo ludzi, dla których historia była czymś zdecydowanie więcej niż zbiorem dat. Jąłem więc tłumaczyć Basi, że najdroższy w chałupie był piec, a życie koncentrowało się wokół niego, w jednej izbie służącej za kuchnię, jadalnię, sypialnię, salon, zaś w niedzielę przed sumą - także łaźnię.
Po paru minutach poczułem, że coś jest nie tak. Odwróciłem się - za nami całkowicie niemo stała wycieczka szkolna w wieku nieco ponadbasinym, z panią nauczycielką i panią przewodniczką ze skansenu. Słuchali z otwartymi ustami - szkoda tylko, że wena właśnie mi się kończyła i po kolejnych dwóch zdaniach wycofałem się z Basią w kierunku następnego obiektu. Tego, w którym mogło na nas czekać rozwiązanie rajdowego zadania.
Nie uogólniam. Spotykałem w życiu znakomitych nauczycieli historii i wspaniałych przewodników, którzy potrafili tchnąć życie w każdy podstarzały kawałek drewna. Ale już tak jest, że często wiemy niby sporo o własnych pradziadkach - jednak konia z rzędem temu, kto wie, o której rano wstawali...


Komentarze
Pokaż komentarze (8)