Miało być nudno: pierwsza rozprawa w procesie Emila Wąsacza w Trybunale Stanu. Oskarżony się stawił? Stawił osobiście... proszę zaprotokołować... Personalia, ustanowienie obrońców, może odczytanie 25-stronicowego aktu oskarżenia.
Kto się spodziewał, że wszystko zakończy się już dziś? Trybunał sprawę umorzył! Powód - z zakresu prawniczego przedszkola: brak aktu oskarżenia. A skoro tak, to nie ma oskarżycieli ani oskarżonego, nie ma sprawy.
Czułem się jak w teatrze na Gombrowiczu, gdy Trybunał uzasadniając swoje postanowienie pouczał Sejm, jak powinien wyglądać prawidłowo sformułowany akt oskarżenia: powinien zawierać imię i nazwisko oskarżonego, informację, jakich czynów się dopuścił i kiedy, oraz jakie artykuły jakich ustaw w ten sposób naruszył.
Przypomnę: przed Trybunałem Stanu oskarżycielem jest Sejm reprezentowany przez oddelegowanych w tym celu posłów, zaś aktem oskarżenia - uchwała Sejmu podjęta na podstawie śledztwa komisji odpowiedzialności konstytucyjnej.
Wg Trybunału wymogów nie spełniała ani uchwała komisji z wiosny zeszłego roku, ani póniejsza o dwa miesiące uchwała Sejmu, ani wersja poprawiona, przesłana Trybunałowi już w tym roku.
Takiej klęski posłowie Jan Bury z PSL i Edward Ośko z LPR wyraźnie się nie spodziewali, choć już przed rozprawą miny mieli nietęgie. Naprzeciwko nich zasiadł bowiem Wąsacz w towarzystwie dwóch znanych adwokatów specjalizujących się w sprawach karno-finansowych i gospodarczych, oraz asystentka. Posłowie uzbrojeni byli jedynie w teczki pełne akt, notatniki i długopisy.
Nie macie stracha?, zapytałem. Pewnie, że mamy. Przecież nas rozniosą, odparł Bury i po chwili dodał: Od dawna prosiliśmy marszałka Jurka o wsparcie eksperckie - prawnicze, finansowe. Ale marszałek jest na razie nieugięty: stanowczo mówi, że trzeba oszczędzać.
O 11.15 Trybunał otworzył rozprawę i zwierzył się stronom z wątpliwości dotyczących sejmowych papierów. Obrońcy Wąsacza wyrazili dezinteressement. Oświadczyli w ślad za medialnymi zapewnieniami swego klienta, że interesuje ich merytoryczne uniewinnienie i żadnych kruczków formalnych używać nie będą - aczkolwiek parę miesięcy temu w piśmie do TK zwracali uwagę na formalne wady oskarżenia. Posłów Trybunał o zdanie nie zapytał. Ogłosił przerwę, potem ją przedłużył. Około 12.50 padły słowa: ...postanowił umorzyć.... A potem dwudziestominutowe uzasadnienie, dla Sejmu wręcz druzgocące.
Bury i Ośko istotnie wyglądali na zdruzgotanych. W pierwszym odruchu zapowiedzieli złożenie zażalenia, a winę zrzucili na Sejm poprzedniej kadencji i jego biuro prawne. Wąsacz powtarzał, że ma uczucia mieszane, bo wolałby merytoryczne uniewinnienie, a sprawa może mieć ciąg dalszy. Część dziennikarzy nerwowo wydzwaniała do redakcji, inni próbowali się dowiedzieć, co się właściwie stało.
Godzinę później Bury i Ośko wychodzili z gmachu Sądu Najwyższego. Jedziemy naradzić się z fachowcami w Kancelarii Sejmu, rzekł Bury. Ale zażalenia pewnie nie złożymy, bo Trybunał nawet w innym składzie pewnie je odrzuci, więc po co się znowu ośmieszać.
Zatem wszystko od nowa? Bury i Ośko, oraz obrońcy Wąsacza mec. Grzegorz Długi i mec. Jerzy Zimowski sa zgodni: Sejm musiałby skierować sprawę znów do komisji odpowiedzialności kosntytucyjnej. Zgadzają się też, że to, co komisja powinna zrobić, jest zupełnie niejasne i będzie pewnie przedmiotem kolejnych ostrych prawniczych sporów.
W wersji 1 komisja opiera się na wynikach poprzedniego śledztwa, poprawnie formułuje nowy akt oskarżenia i poddaje go pod głosowanie Sejmu. Na to wystarczyć mogą trzy miesiące. Wersja 2 to powtórka wszystkich przesłuchań, czyli jakieś trzy lata, tak jak w poprzedniej kadencji.
Ale pytanie, czy warto - mówi nagle Ośko - bo Trybunał może uznać, że res iudicata. A widząc moje powiększone źrenice i wypisaną na twarzy próbę przypomnienia sobie podstaw łaciny dodał: Rzecz raz osądzona....
Zdziwiłem się nieco - wszak Trybunał nawet nie rozpoczął procesu i nie wydał wyroku, lecz tylko postanowienie, trudno więc byłoby uznać, że Wąsacza nie można drugi raz sądzić za to samo. Jednak i Ośko, i Bury pokręcili głowami, że to nie takie proste, i ruszyli w stronę swego auta.
Ja zaś myślę, że jeśli Sejm się uprze i doprowadzi ponownie pod Trybunał sprawę z tymi samymi zarzutami, to wynik jest niemal pewny: uniewinnienie. Zarzuty o prywatyzacji TP SA są po prostu żenujące i ośmieszają całe oskarżenie, co musi wpłynąć na sędziów. Zresztą, inne zarzuty - dotyczące prywatyzacji PSU i Domów Centrum - brzmią dość poważnie, ale śmiem twierdzić, że też nie są zbyt mocno uzasadnione.
Zanim zastanowię się, czy i kto zawinił, zwracam uwagę, że sprawa nie jest aż tak prosta jak się wydaje. Sejm oczywiście gdzieś tam w stosie przesłanych sędziom papierów wymienił z imienia i nazwiska oskarżanego ministra skarbu, zgrubsza opisał jego potencjalnie przestępcze czyny, a nawet nazwał naruszone akty prawne. Niestety, wg TS, w sposób niepełny i bez wymaganego "nagłówka" podsumowującego całość oskarżenia. Po drugie, na korzyść Sejmu działają okoliczności łagodzące. W odróżnieniu od "zwykłych" spraw karnych, w sprawach kierowanych do TS stosować trzeba mieszankę kodeksów: karnego i postępowania karnego, wielu innych ustaw, a także regulaminu Sejmu. Sporządzenie aktu oskarżenia nie jest więc łatwe. Precedensów brak - TS jak dotąd sądził tylko bohaterów PRL-owskiej Schnapsgate, a i wtedy TS odsyłał Sejmowi akt do poprawek.
Chyba nie warto się więc spierać, czy zawinił Sejm, komisja konstytucyjna czy sejmowi prawnicy i której kadencji. W moim odczuciu zawiniło populistyczne przekonanie, że władza musi drastycznie oszczędzać na sobie samej. Populistyczne i absurdalne.
Owszem, warto oszczędzać na samochodach służbowych czy komórkach, ale nie wolno ich likwidować. Przede wszystkim jednak nie wolno oszczędzać na Sejmie. Zawsze twierdziłem - ufam, że z niewielką dozą przesady - iż każdy milion złotych dobrze zainwestowany w obsługę prawną Sejmu zwróci się miliardem złotych zysków lub oszczędności w państwie i gospodarce dzięki lepszej jakości ustawodawstwa. Obsługa prawna Sejmu jest dziś żenująco skromna liczebnie, słabo opłacana, a o obsłudze prawnej indywidualnych posłów mowy nie ma w ogóle. Słynne, rzekomo grubo za wysokie ryczałty na prowadzenie biura, w rzeczywistoścci dużo niższe niż nawet w Bułgarii czy Rumunii, przyczyniają się do tego, że posłowie zwykle głosują nieświadomie, patrząc na rękę politycznych liderów. Nie stać ich na wyrobienie sobie własnego zdania o prawnej stronie zagadnienia.
Tu leży też przyczyna klęski w Trybunale. Marszałka Marka Jurka chyba też nie obwinię, bo trudno sobie wyobrazić, by nagle zażądał dwukrotnego zwiększenia budżetu Sejmu. Marszałek jest tu jednocześnie elementem i ofiarą kampanii robienia oszczędności tam, gdzie nie trzeba.
Dlatego twierdzę, że przegrał nie Sejm, nie III czy IV RP, nie posłowie Bury i Ośko, lecz po prostu polska demokracja. Okazało się, że od dawna istniejący, ale praktycznie nieużywany, a ważny mechanizm demokracji - pozwalający rozliczać polityków z tego, co robią - NIE DZIAŁA.
PS. Przepraszam za ponadnormatywny rozmiar tego postu. Jak jednak widzę, media potraktowały sprawę po macoszemu. Chciałem więc wyjaśnić, o czym piszę...


Komentarze
Pokaż komentarze (9)