Ciekawe wyznanie Jarosława Kaczyńskiego: na dzisiejszej konferencji prasowej premier oświadczył, że dotąd nie konsultował z opozycją swej polityki w sprawie rozmów handlowych UE-Rosja, bo bał się, że opozycja wykorzysta sprawę do polskich wewnętrznych wojenek. Zmienił zdanie po liście Donalda Tuska popierającym veto, więc zaprosił do siebie wszystkie kluby i koła sejmowe.
Widzę tu dwa dowody w jednym: siły i słabości premiera. Siły - bo nie ma zahamowań, by takie rzeczy mówić publicznie. Pewnie nie sądzi, że to coś złego, ale tak czy inaczej brzmi szczerze. Słabości - bo to jednak było coś złeego: premier nie powinien kierować się takimi obawami, lecz w zasadniczych sprawach zagranicznych wprzęgać do walki opozycję.
Opozycja, jak to opozycja, docenia gest premiera i lekceważy zarazem: przyszła, wyrażała potem zgodnie wobec dziennikarzy poparcie dla veta (tak, tak, nawet Jolanta Szymanek-Deresz z SLD), ale zgodnie narzekała, że dotąd pan premier działał sam. No żesz... już przestał, więc opozycja też mogłaby przestać tak marudzić.
Na razie nikt chyba nie ma tego w planie - ale wietrzę, że rząd i opozycja w razie dalszego pata w mięsie i gazie odpowiedzą przyjętą przez aklamację uchwałą Sejmu, iż sprawa jest dla Polski kluczowa, a stanowisko wszystkich partii - jednolite.
Mówiąc o karcie energetycznej, której Rosja nie chce ratyfikować, premier wyprodukował niezłego bonmota: przypomniał, że w 1980 i 1981 roku Polacy myśleli o Rosjanach w kategoriach wejdą - nie wejdą. Dziś, dodał, nie możemy być postawieni w sytuacji niepewności: zakręcą, czy nie zakręcą.
Premier medialnieje?
28
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)