Drugą dobę trwa paraliż polskich lotnisk. Niedoszli pasażerowie klną - i nic dziwnego. Media donoszą o nieomalże katakliźmie, w czym miałem swój udział, bo właśnie wróciłem z lajfowania na Okęciu.
W dwóch komercyjnych stacjach radiowych usłyszałem jednak doniesienia mocno wzbogacone. Zaopatrzono je w opinie amonimowych pilotów wyklinających na włądze Okęcia i rząd, że brak tam nowoczesnych urządzeń pozwalających na lądowanie przy zerowej widoczności. Koniec, kropka.
Tymczasem rzecznik Okęcia powiada, że to ogromny wydatek, który odbiłby się na opłatach lotniskowych i w konsekwencji na cenach biletów. Wykorzystanie sprzętu byłoby zaś niewielkie, bo Polska to nie Wyspy Brytyjskie ani tym bardziej Islandia i dni taką mgłą mamy w roku tylko kilka.
Nie znam szczegółów i nie umiem ocenić opłacalności takiego wydatku. O ile jednak wiem, zdecydowana większość lotnisk w naszym rejonie Europy - poza może głównymi lotniskami niemieckimi - nie jest wyposażona w sprzęt kwalifikujący je do tzw. pierwszej kategorii. Okęcie należy do drugiej - minimalna widoczność "pozioma" na pasie 350 metrów, "pionowa" 200 stóp.
Godziłoby się o tym choćby w pięciu-siedmiu słowach wspomnieć. Ale jak to miło dać ludziom satysfakcję, że to nie mgła zawiniła, tylko ci głupcy na górze. Jak zwykle.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)