Pytając dziś premiera o Zero Tolerancji nie miałem w głowie żadnej ukrytej intencji. Po prostu ciekaw byłem, kiedy rząd nad tym zasiądzie. Wicepremier i szef MEN parę tygodni temu zapewniał, że w listopadzie przedstawi rządowi projekty kilku ustaw, a także projekt uchwały zbierającej cały program do kupy.
Jarosław Kaczyński odparł, że jak dotąd rząd przyjął tylko uchwałę o trójkach kontrolujących szkoły, bo Roman Giertych niczego poza tym nie dostarczył. Proszę nie robić z tego alarmu, rzekł premier, ale dodał, iż gdyby miało to dłużej potrwać, on będzie interweniował.
W odpowiedzi na inne pytanie - o ewentualne miejsce dla Kazimierza Marcinkiewicza - Kaczyński zapowiedział rychłą i głęboką ocenę wszystkich ministrów, czego efektem mogą być zmiany. Gdy dodać do tego niedawne słowa Giertycha, że zmiana ministra oświaty oznaczałaby zerwanie przez PiS koalicji z LPR - trzeba by uznać, że minister nie kryje obaw, a premier - zamiarów.
Kłopot w tym tylko, że Jarosław Kaczyński nie jest premierem typowym. Wydaje się dość często mówić to, co myśli. Dlatego publiczna, aczkolwiek łagodna oznaka zniecierpliwienia premiera brakiem postępu prac w MEN nie musi oznaczać tego, co oznaczałaby w prawie każdym innym rządzie: zapowiedzi dymisji. Co rzekłszy, konstatuję niekonstruktywnie: pażiwiom, uwidim...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)