Zagadnąłem w sejmowym korytarzu posła ministra Krzysztofa Filipka. Ot tak, od niechcenia, zamiast sztampowego jak leci: Czy to prawda, że Rokita już do was przechodzi? Filipek chwycił się za brodę i za moment szeroko się uśmiechnął: Ależ tak, czekamy, czekamy.
Gdy za chwilę spotkałem w tymże korytarzu jednego z bliskich współpracowników Jana Rokity, nie omieszkałem sie pochwalić swoim odkryciem. Mimo widocznego zniechęcenia tematem, mój rozmówca uśmiechnął się także, ale potem spoważniał: Tak naprawdę tego nam tylko brakuje, żeby się jeszcze Samoobrona w to wszystko włączyła.
Gdy dzieje się niewiele, temat domniemanych planów politycznych Rokity jest dla mediów jak znalazł. Tak naprawdę nic jednak nie wskazuje na to, by premier z Krakowa naprawdę rozważał opuszczenie swojej partii teraz lub w najbliższej przyszłości. Nic też nie wskazuje na to, by takie posunięcie mogło dziś mieć sens.
Kompletnie absurdalne są zaś dywagacje o wejściu Rokity do rządu Jarosława Kaczyńskiego. Mniejsza nawet o niedawne oskarżenia premiera o ogromnej zbrodni, jakiej miał się dopuścić Rokita w sprawie inwigilacji prawicy - te słowa to bowiem tylko folklor polityczny, nad którym politycy łatwo przechodzą do porządku dziennego. Mniejsza też o różnice światopoglądowe i programowe, choć asymilacja Rokity w tym rządzie byłaby naprawdę majstersztykiem.
Starczy pomyśleć, na kim wzbogacony o Rokitę rząd miałby się w Sejmie oprzeć. Roman Giertych od paru dni powtarza, że LPR wyszłaby z rządu i koalicji - i trudno wątpić, że mówi szczerze. Andrzej Lepper jest ostatynio nardziej elastyczny niż gimnastyczki artystyczne, więc dla uproszczenia przyjmijmy, że to Rokita nie zechciałby zasiadać w rządzie obok niego. A ileż szabel mógłby przyprowadzić ze sobą Rokita - 10? 20? Wciąż kilkakrotnie za mało, by załatać lukę po LPR i Samoobronie.
No i po sprawie.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)