Jako niegdysiejszy programista brzydzę się piratami. Świeżo minęła 20. rocznica pewnej niedzieli jesienią 1986, gdy zajrzałem na warszawską giełdę komputerową i ujrzałem pirackie kasety z grą na Atari 800XL/130XE. Grą, którą świeżo skończyłem pisać i którą KAW miał oficjalnie wydać dopiero na gwiazdkę.
Moja skłonność do legalu jest jednak wystawiana na coraz cięższą próbę w miarę, jak dzieci rosną. Dziś mamy w sieci domowej trzy desktopy, jeden laptop służący za desktop, oraz jednego subnotebooka. To i tak postęp - świeżo zrezygnowałem z netserwera zastępując go routerem z dwoma switchhubami.
Dość policzyć, ile kosztują same windowsy, sztuk 5. Sobie może i mógłbym odpalić linuksa, ale ani moja K., ani dzieci raczej się na GNU nie przesiądą, a wzrosłyby tylko problemy z konfiguracją sieci. Zakupy oprogramowania to jedna z ważniejszych pozycji w budżecie domowym, pewnie porównywalna z higieną.
Powszechne są już hurtowe oferty na software dla firm: 25, 50, 100 i więcej licencji. Dla gospodarstw domowych nie ma prawie nic. Jeśli są zniżki, to rzędu 5% na drugą, 10% na trzecią licencję itp. Okazje takie jak MS Office w wersji studenckiej - wbrew nazwie jest to korzystna oferta rodzinna - można policzyć na palcach dziecięcej rękawiczki zimowej.
Równie źle jest z osprzętem sieciowym - tu jednak to Polska wlecze się w tyle za światem. Owszem, ten najbardziej podstawowy gwałtownie staniał i jest szeroko dostępny - mówię o routerach Ethernet i WiFi oraz switchhubach. Poza tym jednak - potworna posucha.
Gdzie są małe printserwery? Na Allegro roi się od profesjonalnych za tysiące złotych. Domowych znajdą się trzy na krzyż, gdy na eBay.com - setki. To samo dotyczy dysków sieciowych, interfejsów Ethernet-USB itd. Kupuję to wszystko na eBayu, ale cokolwiek przepłacam za wysyłkę.
Rozumiem, że to kwestia czasu. Ale ja nie chcę już czekać.
15
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (7)