- Wrzesień: we wstępnych rozmowach z TVP3 deklaruję, że mogę robić niemal wszystko prócz rozmów o sprawach wiary i prowadzenia poranków.
- Ostatni piątek, 20.30: dowiaduję się, że w tym i przyszłym tygodniu mam osiem poranków. Odmawiam powtarzając, że jestem genetyczną sową i o świcie słabo kontaktuję. Odpowiedź brzmi: zobaczymy, co da się zrobić.
- Poniedziałek rano: sprawa opiera się o wyższe szczeble. Klaruję, że dałem się wkopać w pierwszy "Wieczór Wyborczy" i nie mogę znów godzić się na prowadzenie czegoś, co nie może się udać. A mnie rankiem nie może.
- Po południu: na razie zrób Gościa Dnia we wtorek i środę, dalej zobaczymy.
- Wtorek, 7.20: wyprawiam dzieci do szkoły taksówką, sam wsiadam w metro. Udaje mi się trafić ze stacji Świętokrzyska na Jasną. O 8.10 dowiaduję się, że rozmowa będzie o zaginionych policjantach.
Wchodząc, a nawet jeszcze wychodząc ze studia nie wiedziałem, że do mediów właśnie dociera wieść o odnalezieniu, być może, zaginionego poloneza. Z trudem uruchomiłem kawałek jednej z półkul, by wymyślić coś, czym mój program się odróżni od innych na ten temat. Powitawszy panią sierżant z Komendy Stołecznej, najpierw jednak zagadnąłem o wynurzenia jasnowidza z "Faktu" i przytoczyłem pytania, które "Fakt" postawił: skąd wzięła się pierwsza wersja, że policjanci wykonywali tajną misję, oraz początkowe twierdzenia, że podwiezionego pana dyrektora nie można przesłuchać, bo jest za granicą. Dopiero słysząc zakłopotanie pani sierżant uświadomiłem sobie, że te informacje podawał rzecznik MSW, więc pytać należałoby jego, a nie policję. OK, na dworze jeszcze szaro, pierwsza wpadka.
Wtedy wróciłem do wydarzeń nocy z piątku na sobotę. Pollicjanci z dyrektorem wyruszyli spod Dworca Centralnego w Warszawie przed północą. Przed trzecią dzwonili, że odstawili dyrektora do domu i wyjeżdżają z Siedlec, ale rozładowuje im się komórka. Po trzeciej zarejestrowała ich kamera na stacji benzynowej pod Siedlcami. Tu ślad się urywał. Teraz samochód, jeśli to ten, znaleziono w rzece 30 km od Siedlec. To ostatnie zresztą nie ma znaczenia dla tych rozważań.
Z centrum Warszawy do Siedlec jest 90 km. W korkach trzy godziny zejść mogą na sam wyjazd ze stolicy, ale nocą podejmuję się przejechać całą trasę w 45 minut. Nawet rozklekotanym polonezem powinno to zająć maksimum godzinę i kwadrans. Dlaczego zaginieni jechali tak długo?
Badamy wszystkie wersje, odparła pani sierżant. Zwróciłem uwagę, że odwieziony do Siedlec dyrektor ma się dobrze, został przesłuchany i o podróży DO Siedlec chyba coś powiedział. Badamy wszystkie wersje, powtórzyła pani sierżant.
Koniec, dziękuję, do widzenia. Wychodzę ze studia i już nie widzę wydawcy mego programu - zniknął z reżyserki. To zawsze zapowiada kłopoty. Istotnie dzwoni po paru minutach: po co powtarzasz to, co wszyscy wiedzą od początku, te godziny, kiedy wyjazd, kiedy przyjazd? Tłumaczę ostrożnie, że chciałem udokumentować tezę o dziwnie długiej podróży do Siedlec, na co - wedle mej skromnej orientacji - media dotąd raczej nie zwracały uwagi, by pani sierżant musiała się do tego odnieść. Bez skutku. Wydawca powtarza: bzdury gadałeś i już.
Świetna prognoza przed jutrzejszym świtem z tym samym wydawcą. Powoli zaczynam kontaktować, ale wciąż nie rozumiem, na czym polegało moje ciężkie wykroczenie.
PS. 11.08 - Paweł Łukasik (dobrze, że nie muszę też tam być) w TVN24 donosi znad rzeczki Kostrzyń: to niestety ten samochód.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)