Prokuratura zażądała, poseł Łyżwiński już wcześniej oświadczał, że jest na to gotów. Badanie materiału genetycznego ma być częścią śledztwa w sprawie SSS czyli Seks Skandalu w Samoobronie. Przywołana wyżej PAPowska notka na Onecie mile mnie zaskoczyła: nie ma tam frazy typu badanie wyjaśni, czy Łyżwiński jest ojcem. Bo wyjaśnić nie może.
Ciekaw jestem, czy inne media, a także politycy, zachowają się równie poważnie. Obrona Łyżwińskiego nie jest naturalnie moją intencją, ale gwoli rzetelności trzeba pamiętać, iż wynik badania DNA może dać dwa wyniki: (a) Ł. nie może być ojcem, (b) Ł. jest ojcem z prawdopobieństwem 0.999... Czyli może być, ale nie musi.
Dlaczego? Po długim wykładzie mojej K. pojmuję to tak: do badania wybiera się kilka par odpowiadających sobie fragmentów DNA od pozwanego i dziecka. Jeśli są różnice, ojcostwo się wyklucza. Jeśli ich nie ma - uznaje się ojcostwo za ustalone z prawdopodobieństwem na pograniczu pewności. Jest jednak minimalna szansa, że przy dobrze innych par DNA znalazłyby się różnice pozwalające ojcostwo wykluczyć. Pełne badanie - całego DNA - byłoby podobno zbyt długotrwałe i drogie.
Po drugie, wszystko się komplikuje, gdy pozwany ma brata bliźniaka jednojajowego, czego niby nikt wykluczyć nie może. A po trzecie, liczba kombinacji DNA jest ogromna, ale skończona. Istnieje więc niezerowe prawdopodobieństwo istnienia dwóch niespokrewnionych ze sobą osobników o identycznym DNA, co oznacza, że nawet w razie pozytywnego wyniku pełnego badania pewności mieć nie można...
Ot, teoretyczne rozważania. Dla formalności jednak i media, i politycy powinni wiedzieć, czym fraza Ł. jest ojcem różni się od tejże poprzedzonej słowem najprawdopodobniej. Ano, zobaczymy.
PS. Dzięki, K. Może pomyślę o tym piekarniku.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)