Jak mówił, tak zrobił: wg swego rzecznika, Jarosław Kaczyński polecił wojewodom, by jak najrzadziej stosowali veto wobec decyzji samorządów o dotacjach unijnych na rozwój regionalny. Prawo to Sejm niespodziewanie przyznał wojewodom wbrew pierwotnemu stanowisku rządu, a w Salonie24 pisał o tym Ernest Skalski.
Premier ogłosił także, że ewentualne veto wojewoda musi skonsultować z nim. W ten sposób praktycznie przyznał sobie uprawnienie, które Sejm dał wojewodom. Jako ich zwierzchnik ma prawo - to struktura pionowa, a nie samorządowa.
W pewnym sensie nic się nie stało. Ustawa jest, jaka jest, premier przypomniał więc wojewodom rzecz oczywistą: veto to środek ostateczny, który stosować można tylko w wyjątkowych sytuacjach. Tak jak pezydenckie veto wobec ustaw.
Z drugiej strony szkoda, że premier nie zapowiedział projektu nowelizacji ustawy, by skreślić przepis, który wielu nazwało zemstą PiSu za porażkę w wyborach samorządowych. Dając do zrozumienia, że sejmowa większość była tu nadgorliwa, Kaczyński postanowił jednak, że lepiej mieć czasem możliwość interwencji. Chodzi zaś o istotny wyłom w obecnej koncepcji samorządów: państwowej kontroli podlegała dotąd tylko zgodność uchwał rad i sejmików z prawem. Teraz wojewoda dostaje narzędzie merytorycznej ingerencji w te uchwały.
Może by zastanowić się więc, po co w ogóle dualizm administracji publicznej na szczeblu województw. Samorządy i tak wykonują na zlecenie państwa wiele jego zadań. Czemu nie pożegnać się z wojewodami, pozostawiając sądom kontrolę nad prawną stroną pracy radnych i burmistrzów?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)