Wszystko przed esemesa od K.: Możesz mi kupić fajki? Wracając do domu po dniu lajfów na Miodowej i Świętojańskiej, pożegnałem ekipę, która miała czekać do 22.30 na lajf do Panoramy, kupiłem na pl. Zamkowym papierosy, dwa batoniki i dwulitrową colę, pożegnałem Świstaki wynajęte przez Al Jazeerę i ruszyłem w drogę.
Gdy na Wisłostradzie osiągnąłem PWwOZbFR (Prędkość Właściwą w Obszarze Zabudowanym bez FotoRadarów), poczułem pragnienie. Odkorkowałem colę i po kilku łykach (piłeś, nie jedź) chciałem zakręcić. Gwint nie trafił w gwint. Nakrętka stuknęła o podłogę.
Jadąc z PWwOZbFR, akurat było prosto, jedną ręką ściskając colę, drugą próbowałem wymacać nakrętkę. Nie ma. Zatrzymałem się pod latarnią, światełka zapaliłem, na kolana padłem i szukam. Nie ma. Wylać? Toż ponad 6 zł wydałem, nie wyleję. Wbrew wrodzonemu skąpstwu gotów byłem zainwestować w nowe małe conieco do picia, by pozyskać nakrętkę, ale sklepu nigdzie nie było. O żesz ty...
Cóż robić? Ścisnąłem między udami butlę, a w niej 1.95 litra coli i pojechałem. Nawet nieźle szło, dopóki na Rosoła nie zechciałem znów się napić, gdy przednie koła wpadły na centymetrowy może próg na granicy dwóch połaci asfaltu. Butelka wyrżnęła mnie w zęby, stuknęła w kierownicę i chlusnęła na wszystkie strony. Zwłaszcza na mój szeroko pojęty, elegancki dekolt, oraz kierownicę i rączkę biegów.
W domu, gdy K. przestała się śmiać, wyszliśmy na balkon na papierosa. Wciąż nieco zły, ruszyłem z petem na Kopiec Kościuszki. Przy drugim nawrocie spotkałem się z nóżką roweru córy - trafiła pod paznokieć dużego palca prawej stopy.
Gdy wróciłem do naszego pokoju, napadło na mnie łóżko. Nim je powaliłem, przykopało mi w duży palec lewej stopy. Dzielimy z K. 10.5 metra kwadratowego, to nasza pracownia i sypialnia, więc łóżko pewnie miało prawo się zdenerwować.
Tylko dlaczego, dlaczego, dlaczego zawsze ja?!?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)