Okazałem się człowiekiem małej wiary: nie uwierzyłem sam sobie. Toż w czwartek mówiłem w TVP3, że kancelaria prezydenta próbuje wpłynąć na Watykan, by nie dopuścić do ingresu abp. Wielgusa. Przyznaję, moje źródło nie było mocne, ale banalna analiza sytuacji prowadziła do tego samego wniosku, więc uznałem, że mogę o tym wspomnieć.
W piątek moje źródełko wyschło i głosiłem na antenie, że wszystko wskazuje na to, iż próby kancelarii zawiodły. A w sobotę, wobec braku widocznych efektów, uznałem, że nie ma o czym mówić. I nie mówiłem. W niedzielę rano śniłem błogo o pierwszym w tym roku dniu wolnym od pracy, gdy obudził mnie mój zakład. Jacek Karnowski alarmował w Wiadomościach, że ingresu nie będzie.
Teraz wszystko układa się w logiczną całość. Gdy zawiodły próby na szczeblu szef kancelarii - sekretarz stanu, Lech Kaczyński zdecydował się na dramatyczną próbę dotarcia wprost do Benedykta XVI z prośbą, którą ten mógł z oburzeniem odrzucić jako ingerencję w sprawy Kościoła. Nie wiem i pewnie już nie ustalę, czy rozmawiali przez telefon bezpośrednio, czy też umyślny dostarczył papieżowi esencję prośby polskiego prezydenta. Wiele jednak wskazuje na to, że dopiero wtedy - i to wciąż w sposób opisowy - Benedykt XVI usłyszał, jaka była przeszłość abp. Wielgusa. Przeszłość, którą biuro prasowe Watykanu, w imieniu papieża, rozgrzeszało ledwie dwa dni wcześniej. Dokumenty papież miał zobaczyć dopiero dziś rano.
Kończy się moja godzinna przerwa, wracam na trotuar na Miodowej. Chciałbym jednak jeszcze wrócić tutaj do tematu. Choćby po to, by skontrować słowa Igora Janke, iż Kościół zachował swą wielkość. IMHO polski Kościół poniósł klęskę, którą niestety powiększył jeszcze ks. Prymas w archikatedralnej homilii.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)