Trzy godziny temu opuściłem trotuar przed Episkopatem. Ufam, że na dłużej, bo się nieco znudziłem. Przerzucono mnie na odcinek sejmowy. Od godziny obserwuję przesłuchanie kandydata na prezesa NBP w komisji finansów publicznych.
Sławomir Skrzypek właśnie jął odpowiadać na pytania. Mowę wstępną wygłaszał 10 minut, a na posiedzenie spóźnił się minut 7 (jak na kandydata kontrowersyjnego - spore faux pas). A reszta czasu? Zajął ją Aleksander Szczygło, chwaląc kandydata.
Zwyczajowo przedstawiciel instytucji zgłaszającej zajmuje posłom 2-3 minuty. Wyciąg z cv, parę przymiotników i koniec. Minister - szef kancelarii wybrał wyjątkowo kiepski moment na odejście od tej zasady. Stworzył wrażenie, że boi się, by sam Skrzypek nie mówił za długo, bo palnie jakieś głupstwo.
To zaś, co powie kandydat, znaczenie ma nikłe. Trudno byłoby mnie przekonać, że jakikolwiek Sejm kiedykolwiek wybrał kogokolwiek na jakiekolwiek stanowisko dlatego, że ów dobrze wypadł na merytorycznym przesłuchaniu. Gdyby tak być miało, ustawodawca powierzyłby decyzję konkursowej komisji fachowców, a nie sobie.
Tak nie jest, a Skrzypek ma się chyba nieźle, skoro Roman Giertych właśnie ogłosił, że LPR może poprzeć Skrzypka, bo premier obiecał, że Senat da dodatkowe pół miliarda na podwyżki dla nauczycieli. Związek jednego z drugim jest prosty jak but.
Wracam do sali 106. Tam trwa przesłuchanie. Niektórzy są rozczarowani, bo się szykowali na spektakl na sejmowym dachu. Tylko jak wlazłby tam Szczygło? PS. Odszczekuję: przesłuchanie JEST ciekawe. Pytany o euro Skrzypek odparł, że potrzeba analiz, czy to się Polsce opłaca. Rozumiem, że kandydat na szefa NBP kwestionuje traktat akcesyjny Polski z UE.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)