Znów muszę odszczekać - tym razem to, co napisałem w post scriptum do postu o pierwszej godzinie przesłuchania kandydata na prezesa NBP. Jednak było nudnawo.
Sławomir Skrzypek powtarzał, że o swych poglądach na politykę monetarną mówić musi ostrożnie lub wcale, by nie zachwiać rynkiem walut. Najwyraźniej świadomie na pytania odpowiadał więc tak, by nic z tego nie wynikało.
Jedynym budził zdziwienie - kilkakrotnie powtarzał, że Polska musi zdecydować, czy w ogóle warto przyjmować euro. Podkreślam to, by zbiorczo odpowiedzieć na część Waszej krytyki pod poprzednim postem. Skrzypek nie pyta: kiedy, lecz: czy.
Dwa razy wzbudził wesołość. Raz, gdy pytany o swe pełne wykształcenie wyznał, iż przed zdobyciem MBA w USA ukończył Politechnikę Gliwicką. Tu przez kilka minut opowiadał o swej pracy dyplomowej pt. Budowa mostów kolejowych z betonu sprężonego, o tym, że napisał sobie w Basicu wspomagający program komputerowy na Amstrada 464, i że mu wyszło, iż kabel wyszedł poza skrzynię.
Komisja finansów publicznych pilnie słuchała. Ja nie zrozumiałem, zatem niezasłużenie skończyłem Politechnikę Warszawską i nie nadaję się na prezesa NBP.
Uśmiechy znów zagościły na twarzach posłów, gdy Skrzypek powiedział, że oficjalne życiorysy z nieznanych mu przyczyn go odmładzają: naprawdę ma 44 lata, a nie 42, więc nie jest za młody na szefa banku centralnego. Złotówka natychmiast zyskała 0.000046 eurocenta, a Szczygło chyba wiedział, co robi.
PS. Motto: z ostrożnością nie wolno przesadzać. Wracając do domu z butelką coli tak bardzo uważałem, by nie zgubić nakrętki, że przez 3 km, przy PWwOZbFR, nie udało mi się zakorkować butelki.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)