Miałem wyjaśnić tydzień milczenia na przełomie 2006/2007. Trudne to. Nigdzie nie wyjeżdżałem, nie odchorowywałem Sylwestra. Byłem na wewnętrznej emigracji. Nie bardzo wiem, dlaczego - chyba nie z powodu gwiazdkowej zmiany szefa w TVP3 i poczucia, że nowemu kierownictwu już całkiem nie jestem potrzebny. Ale wiem, co sprawiło, że wróciłem :)
W Sylwestra balowałem z dziećmi. K. musiała wyjechać. Tadeusz, lat 10., wolał zostaćw domu przy kompie, więc na Plac Zamkowy wybrałem się, około 23.00, tylko z Basią, lat 12. Oglądaliśmy nieskoordynowany pokaz fajerwerków, bezstroskę ludzi, którzy stawiali racę w butelce lub puszce i pierzchali: podstawki często wywracały się i wystrzelone poziomo petardy wielokrotnie wybuchały w środku tłumu ludzi, w którym było zaskakująco dużo dzieci od niemowlaka wzwyż. Od jednej z petard zapaliła się 15-metrowa choinka wystawiona przez jakąś firmę bodajże kosmetyczną, ale więcej było dymu, niż ognia...
Wypiłem litr mleka, sporo soku jabłkowo-miętowego i filiżankę czekolady na gorąco. Dzieci były oburzone, że nie ma szampana, ale Piccolo już mi się okrutnie przejadło :)
Pierwszy dzień roboczy 2007 przyniósł mi nieco spóźniony prezent gwiazdkowy dla K. Nagabywany, by się tu publicznie pochwalić/skompromitować/niepotrzebne skreślić - wyznaję, iż jest to zupełnie nieromantyczny, ogromnie za to praktyczny cyfrak klasy zwanej czasem półprofesjonalną: Canon Digital Rebel XTi, znany w Europie jako EOS 400d, bez standardowego canonowskiego szkiełka 18-55, bo kasy szkoda, za to z dwoma Tamronami 28-80 i 70-300, o których można już rzec, że ocierają się o granicę przyzwoitości :) Dostałem zaś od K. Cywilizację IV oraz trójpłytowy, retrospektywny album Mike'a Oldfielda. Smaczności :)
Pierwszy tydzień roboczy 2007 spędziłem na trotuarach podkościelnych, weekend takoż. Wczoraj po południu zmieniłem punkt postoju, ale na pierwszy dzień wolny mogę podobno mieć nadzieję w sobotę 13 stycznia. Bez gwarancji. Wciąż nie wiadomo, czy w ramach nieco odmienionej po 1 stycznia TVP3 ma to być już standard i czy ktoś będzie coś za to płacił.
Każdy rok przynosi mi na wstępie przyjemność, bo mam urodziny. Właśnie dzisiaj :) Dostałem od K. między innymi dwa piękne pulowerki, które trzeba przetestować w lajfach na powietrzu. Niestety nie jutro, bo raczej będę siedział w Senacie. Jak ja kocham debaty budżetowe :)
Z wewnętrznej emigracji wróciłem w piątkowy wieczór dzięki spotkaniu na trotuarze pod Episkopatem. Chadzały tamtędy starsze panie, które prawiły mi komplementy tak wulgarne, iż nawet ja muszę je ocenzurować ;) Widywałem jednak także pana, który przechodził godnie i wcale mnie nie zaczepiał. Na jego ramieniu jeszcze godniej pół siedziała, pół stała nieduża, niemłoda już, ale urocza szaroczarna kotka.
Gdy zobaczyłem go znów w piątek, sam go zaczepiłem zadziwiony, że kotka, choć uważnie obserwująca otoczenie, nie wykazuje oznak zdenerwowania i nie próbuje uciec z ramienia w bezpieczniejsze miejsce. - Ją niełatwo zdenerwować - usłyszałem.
Okazało się, że ów pan kotkę przywiózł swego czasu z Sarajewa, gdzie znalazł ją wśród zgliszcz tuż po zakończeniu wojny. Opowiadając mi tę historię, anonimowy miłośnik kotów przywrócił mi utraconą na chwilę wiarę w sens wielu różnych rzeczy :)


Komentarze
Pokaż komentarze (12)