Te dwie tezy są ze sobą ewidentnie sprzeczne i nie mogą dotyczyć ustawy z 2005. Ta jest IMHO krótka, prosta i jasna. Jej art. 7 po przeliczeniu stanowi, że dodatek wynosi co najmniej 20 zł, a maksymalnie 960 zł (jeśli są emeryci, których świadczenie jest równe zeru). Każdy może sobie obliczyć, ile dostanie: to 960 zł minus 10% rocznego dochodu brutto emeryta, jeśli ten dochód nie przekracza 783.33 zł miesięcznie. Im jest mniejszy, tym wyższy dodatek, a jego kwota rośnie liniowo.
Centrum Informacyjne Rządu zapowiedziało briefing po posiedzeniu Rady Ministrów, potem go jednak odwołało. Zaserwowało nam tylko komunikat, iż rząd proponuje, by górną granicą dochodu było 1200 zł brutto miesięcznie - o ponad połowę więcej niż dotąd. Dla świadczeń do 800 zł dodatek ma wynieść 330 zł, ponad to do 1000 - 180 zł, dalej do 1200 - 150 zł. W sumie dodatki kosztować mają 1,7 mld zł i trafić do 6,5 mln osób (średnio po 261.54 zł).
Komunikat przyniósł wypowiedź premiera, który tym razem polemizował nie wiadomo z czym - bo ani z obecną ustawą, ani z kontrprojektem złożonym w Sejmie przez SLD: Jest to rozwiązanie sprawiedliwsze i bardziej rozsądne. Gdyby pieniądze z budżetu przeznaczono dla wszystkich emerytów otrzymaliby oni zaledwie po 4 zł miesięcznie.
Schowanego za komunikatem premiera nie sposób zapytać, co właściwie miał na myśli rano, co w słowach z komunikatu, oraz po co rząd chce ustawę nowelizować tak, by pod hasłem wspierania najuboższych dać im mniej. Uwaga - nie oceniam takiej zmiany, po prostu stwierdzam fakt ewidentnie sprzeczny z rządową propagandą.
PS. Ustawę wrzuciłem na swój serwer, bo sejmowy ostatnio działa jak potłuczony. Być może wszyscy emeryci próbują zweryfikować słowa premiera :)


Komentarze
Pokaż komentarze (2)