Kabaty nie są raczej najbardziej urodziwą częścią Warszawy. Gdy jednak o trzeciej w nocy wychodzę na balkon, jestem wręcz urzeczony. Czysta warstwa bieli pokrywa domy, auta, chodniki i jezdnie i nie mącą jej ślady nielicznych o tej porze pieszych - głównie ochroniarzy - i przejeżdżających samochodów.
W miejscowej czasoprzestrzeni raj od piekła dzieli wtedy po 5 godzin i kilometrów. Piekłem jest Puławska o ósmej rano na odcinku od Piaseczna po Ursynów. Około 10 tysięcy aut stojących w brudnej brei, ponad którą kipi mgiełka H2O i ludzkiej złości.
Wczoraj brei było więcej, dziś mniej, ale korki nie zelżały, bo nie o pługi i sól tu chodzi. Pan Zbyszek w swoim srebrnym nissanie primera chce ruszyć z jedynki, a im bardziej auto nie chce, tym mocniej pan Zbyszek naciska gaz. Biedny nissan wije się i zajmuje dwa pasy ruchu, a w porywach do trzech.
Pan Janek jedzie środkowym pasem 12 km/h, bo się boi o służbowego peugeota partnera i jest zajęty: krzyczy przez telefon na żonę, gdzie jest ta zielona faktura, i przez drugi telefon na szefa, że nie dał mu kanapki.
Renault megane pani Lodzi, na jej rozkaz, utrzymuje bezpieczną odległość od auta przed nią: 30 metrów podczas jazdy i 20 metrów podczas postoju. A przed panią Lodzią jedzie pan Henryk. Nie wie, że opony zimowe są lepsze o od letnich, letnie od uniwersalnych, a uniwersalne - od żadnych. Polonez pana Henryka nie ma opon, lecz strzępy gumy, których bieżnik to wspomnienie stanu wojennego. Zanim pan Henryk ruszy, zanim pani Lodzia uzna, że ruszył i ona też może - miną wieki.
Rafale A. Ziemkiewiczu, nie zawsze tylko waadza jest winna.
PS. Oburzyła się moja córa w sprawie Kabat: Mama mówi, że tu jest ślicznie i tu chciałaby mieszkać. Cóż, widocznie różnice zdań między mną i moją ex obejmują także i tę kwestię.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)