Jestem zwyczajnie zły. Nie mam powodu, by nie wierzyć, że rada nadzorcza PKO BP przerwała obrady z powodu rezygnacji Jerzego Osiatyńskiego. Zostało bowiem 5 członków zdolnych do głosowania: Marek Głuchowski, p.o. prezesa, głosować nie może. Statut spółki wymaga, by rada liczyła od 6 do 11 osób, więc sprawa się rypła.
Osiatyński parę dni temu sugerował w Wyborczej, że może zrezygnować. Przyczyn nie podał. Dziś milczy. Może znów rezerwuje swoje wynurzenia tylko dla GW. Szkoda,bo po milczącym odejściu pozostaje smród. To jakby sugestia, że ktoś próbował na radę naciskać (w domyśle - przepchnąć Kazimierza Marcinkiewicza?).
Zrezygnował też kolejny członek zarządu. Największy w Polsce bank detaliczny ma teraz trzech (na 8 dopuszczalnych i podobno potrzebnych) członków zarządu, mniej niż połowę rady nadzorczej, p.o. prezesa od ponad pół roku i nadzieję, że prezes się pojawi, gdy za 5-6 tygodni walne zgromadzenie uzupełni skład rady. Opinia publiczna i rynek mają prawo wiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Część tej wiedzy najwyraźniej posiada Jerzy Osiatyński, ale się nią podzielić nie chce. Duża szkoda.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)