To będzie o kinie, a nie o złodziejach z PO albo głupich PiSiorach. Ten post to efekt zazdrości. Ziemkiewicz, Warzecha, Wroński, Michalik i inni o filmach mądrze tu pisują - ja też chcę! Tyle, że chadzam głównie z dziećmi na kreskówki...
Głównie, ale nie tylko. Właśnie wróciłem z Tadziem z Nocy w Muzeum. Arcydzieło to może nie jest, humor niezbyt wyszukany, ale śmieszy od lat 6 do 106. Poskromienie Attyli przez Bena Stillera naprawdę niezłe. Gdyby nie ten straszny dubbing...
OK, to wciąż mało. Wracam więc do kreskówek. Kultowy Shrek - latem część III, dwie pierwsze tkwią już w historii kina. Ale czy także jakaś konkretna scena? Nie... Teksty - owszem: kłaczek, daleko jeszcze? Ale scena - nie.
A pamiętacie Madagaskar? Daleko za Shrekiem czy Epoką Lodowcową, lecz to tu znalazła się scena mistrzowska w swej symbolice. Obok głównego wątku, przez 2/3 filmu pluton czterech pingwinów przedziera się do Ojczyzny - na Antarktydę. Dociera wreszcie, a rozczarowanie bohaterów zamknięte jest w jednym ujęciu.
Trwa ono może 6, może 8 sekund. Pół ekranu zajmuje zacumowany, czarny dziób statku. Na białej krze pingwiny stoją tyłem do nas, nieruchomo, daleko od "kamery". Za nimi tylko mgła. Wreszcie jeden rzecze niepewnym głosem: Biało... dosyć. Cięcie.
Znów ten dubbing - szkoda, że nie wiem, jak to brzmiało w oryginale.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)