To było chyba w piątej klasie podstawówki. Na geografii mieliśmy Afrykę. W książce, na końcu rozdziału, były pytania kontrolne. Mateczka dostarczyła mi skrypt dla nauczycieli do tego podręcznika, a tam były odpowiedzi. Jedyna prawidłowa odpowiedź na pytanie Co to jest wielbłąd? miała brzmieć: Jest to okręt pustyni.
Jak każdy już na pewno odgadł, ten post jest o warszawskiej giełdzie, która dziś na prawie cztery godziny wstrzymała handel z powodu awarii. Padł router. Uparłem się, że wyjaśnię widzom w lajfie, co to takiego. Poprosiłem tych znających się na komputerach o zatkanie uszu, poparłem to odpowiednim gestem, po czym rzekłem, że router to rodzaj dworca kolejowego: pasażerowie - np. dane o kursach akcji ładowane są do pociągów i wywyłane np. do biur maklerskich, a w druga stronę jadą pociągi ze zleceniami inwestorów.
Teraz już można się ze mnie śmiać :) A kto chce, nie przeczyta, czego przy okazji dowiedziałem się o giełdzie. Jej system komunikuje się ze światem poprzez zestaw routerów-switchy (właśnie takiego określenia używał pan odpowiedzialny za działkę), ale nad wszystkim czuwa hub wirtualny - czysto software'owy. Nie ma porządnej śluzy między systemem giełdy i światem zewnętrznym - routery, obok obsługi komunikacji międzynarodowej, wykonują niektóre zadania na rzecz systemu wewnętrznego. Jak mi wyjaśniono, to kompromis: system mimo to jest raczej bezpieczny, lecz działa dużo szybciej, a dla giełdy wydajność jest ważniejsza.
Zakupiony przed laty licencyjny system ma "dublera", który jednak nie może przejąć obsługi sesji w czasie rzeczywistym. Gdyby więc system zawiódł, "dubler" może tylko zamknąć bieżącą sesję, a potem otworzyć nową. Każda większa awaria - czy to łączy ze światem, czy samego systemu - musi więc powodować przerwanie handlu. I tak już się zdarzało. A jednak nie słyszałem, by ktoś wytoczył giełdzie sprawę o rekompensatę strat i wygrał.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)