...ale za daleko. Motto każdej nocy na wzgórzach Golan - nadmorskich wydmach w Dębkach, dokąd jako licealista jeżdziłem w latach 70. Nazwa - od strzelających korków i kapsli. Gdy tuzin luda - obaliwszy kilka skrzynek piwa i coś na dokładkę - zamierzał wrócić na pole namiotowe, niektórzy dochodzili do smutnej konkluzji jak w tytule.
Dziś to dla mnie motto wielu codziennych sytuacji, w których piwo udziału nie bierze. A wszystko z winy Angie'go - Michała Engelhardta. Przez lata radiowiec, reporter Eski, Zetki, starszy ode mnie o pół roku, dawał mi podczas dziennikarskich nasiadówek w politycznych przedpokojach miłe poczucie, że się zanadto nie wyróżniam.
W zeszłym roku Angie uznał, że nie przejdzie na emeryturę jako reporter. Zaległ w portalowych newsroomach. Odtąd, gdy jestem w pracy i rozglądam się wokół, z przerażeniem stwierdzam, że mógłbym być ojcem niemal wszystkich dziennikarzy pojawiających się w terenie. Gdy wszyscy gdzieś pędzą, ja dopiero gramolę się na nogi.
Spotkałem się wczoraj z Angie'm w (fuj) Złotych Tarasach - szukaliśmy prezentów na Walentynki. Usiedliśmy, ponarzekaliśmy na tego Niemca, który wszystko nam chowa i wpadliśmy na pomysł urządzenia demonstracji przeciw Alzheimerowi. - Pójdziemy spod Sejmu pod KPRM - zaproponowałem ostrożnie. - Nie, trzeba zacząć pod ministerstwem zdrowia. Potem do Zyty, Sejm i rząd - odparł Angie.
- Nie dojdziemy! - przeanalizowałem sytuację. Angie zmarkotniał. - Samochodem? - zaproponował bez przekonania. Obaj poczuliśmy, że to nie to. Plany manifestacji wzięły w łeb. Kiedy nie szło iść, szło się czołgać, ale za daleko... PS. Znów spotkałem dzś w Sejmie Jurka Jachowicza. Zeznał, że odbył trudną rozmowę z Jankesem i napisze coś w Salonie jeszcze tego wieczoru. Jachowicz mógłby być moim ojcem, więć skoro on może... ;)


Komentarze
Pokaż komentarze (18)