Chciałem dobrze. Po ostatnim sejmowym lajfie ruszyłem do domu, by czym prędzej zasiąść do kompa i skrobnąć, co myślę o raporcie o WSI. Zabrakło pół kilometra.
Jadąc Przy Bażantarni zbliżałem się do kościoła, gdy jadący z przeciwka daewoo (skrót od Daewoobekizacji) tico zwolnił, mrugnął lewym kierunkowskazem, jął skręcać w lewo, po czym zahamował. Zdążyłem się tylko zdziwić, bo byliśmy już obok siebie. Tico wbił się w moje lewe przednie nadkole i przyjął na siebie 1600 kg mojej masy, zostawiając wszakże solidne ślady na całym moim lewym boku. Gdyby zamiast hamować wyprostował koła, minęlibyśmy się.
Co robi facet, gdy ktoś go stuknie? Wysiada i ryczy jak niedźwiedź. Zapragnąłem tak zrobić - i to był błąd. Drzwi ustąpić nie chciały, więc zaparłem się nogami. Puściły. Zamknąć się ich już jednak nie da. Gdybym pomyślał i wysiadł prawymi drzwiami, od biedy miałbym czym zawieźć w poniedziałek dzieci do szkoły...
Wciąż miałem ochotę wydrzeć się na młodzieńca z tico, gdy ten poprosił, bym pomógł mu zepchnąć wrak na chodnik i poczekał chwilkę: Tylko zaniosę pizzę i zaraz wracam. Tym mnie rozbroił. To była jego ostatnia dziś pizza, fajrant, do domu.
Zaprosiłem go do siebie, spisaliśmy magiczne kwitki dla ubezpieczalni. Zdarza się. Tylko dlaczego, jak zwykle, u progu weekendu?


Komentarze
Pokaż komentarze (7)