Angela Merkel mocno zaczęła publiczną część wizyty. Na Uniwersytecie Warszawskim wygłosiła panegiryk na cześć Władysława Bartoszewskiego i dała do zrozumienia, że nici z chrześcijańskiej inwokacji w przyszłej konstytucji europejskiej. Jedno i drugie powinno jej natychmiast zjednać dozgonną przyjaźń obu braci bliźniaków.
Wieczorny wypad pani kanclerz z Lechem Kaczyńskim do Juraty to w stosunkach polsko-niemieckich novum. Nowego Camp David wszakże nie będzie, bo wątpię, by Niemcy mieli czym się dziś zrewanżować za lata 70. Wówczas to ponoć właśnie w Juracie ekipa Edwarda Gierka ustalała z RFN szczegóły umiarkowanego otwarcia granicy dla chcących emigrować Polaków poczuwających się do niemieckich korzeni.
Politycy - i z koalicji, i opozycyjni, i to chyba nie przez kurtuazję - mówią, że Jurata to przynajmniej szansa na przełamanie ostatnich lodów w relacjach Warszawa-Berlin. Nie podzielają tego optymizmu dziennikarze, bo chyba obawiają się, że newsa nie będzie.
Na obiadku w sejmowej Hawełce w radiowo-portalowo-telewizyjnym kręgu snuliśmy scenariusze na Juratę. Radykalny przewiduje, że Merkel wyciągnie z torby garść pieczonych ziemniaków zawiniętych w Tageszeitung mówiąc: Nieprawda, że Polska nic nie zyska na niemieckiej prezydencji. W łagodnym pani kanclerz spontanicznie proponuje rozpalenie ogniska i pyta, co w nim można upiec.
Takieśmy dziennikarskie szuje, gdy ciśnienie spada. Na obiad były pieczone ziemniaki.


Komentarze
Pokaż komentarze (87)