Platforma jaka jest, każdy widzi. Często wywołuje salwy śmiechu. Od roku pokazuje, jak być liberalnym inaczej, co rusz potyka się o własne nogi, np. o Gliwice. Nie rozumiem, po co dokładać jej jeszcze za to, co przewiną nie jest.
Z okazji debaty w Fakcie znów głośno o POPiSie i jego braku, tudzież o przyczynach tego braku. Jest w tych sporach wątek, który bawi mnie niezmiennie od kampanii 2005. Wątek, jakoby Platforma nie miała programu i nie sprawdzała się jako opozycja.
Tezę tę PiS forsował tak uparcie, aż przemówił również do ludzi, którzy raczej nie byli i nie są zwolennikami IV RP. Niedawno tu, w Salonie24, o nędzy programowej PO napisał Łukasz Warzecha. Zagroziłem mu wtedy, że rzucę rzecz na szersze tło dziejów opozycji po 1989. Rzucaj, odpisał. Trochę mi zeszło i w końcu rzucam.
W Sejmie kontraktowym (1989-1991) opozycją miał być Obywatelski Klub Parlamentarny, ale w efekcie paru manewrów do roli opozycji sprowadzony został klub PZPR. Co robił? Głównie siedział cicho, popierał wiele projektów rządowych, czasem szeptem upominał się o uszanowanie jakichś domniemanych sukcesów PRL-u.
W bałaganie kadencji 1991-1993 role się zmieniały, prawie każdy klubik zaliczył pobyt w koalicji i w opozycji. Spójnych wystąpień programowych tej ostatniej nie pamiętam, prócz jakże zgodnego Olszewski musi odejść w czerwcu 1992.
W Sejmie 1993-1997 SLD i PSL zgarnęły 2/3 głosów. Największy klub opozycji - Unia Wolności - protestował z polotem, gdy rząd psuł prawo pracy, ale współpracował w pisaniu nowej konstytucji. Białych ksiąg nie wydawał.
W kadencji 1997-2001 AWS rządziła, ale wykruszała się. SLD (ponad 160 posłów) już w połowie kadencji stał się najsilniejszym klubem. Kontynuując strategię Tak dalej być nie musi, SLD miał w programie konferencje prasowe jako kontry na każdy ruch rządu i serdeczne witanie demonstracji pod KPRM. Gdy z czasem do opozycji wobec własnego rządu przeszła AWS, zachowywała się podobnie.
W poprzedniej kadencji (2001-2005), znów SLDowsko-PSLowskiej, główne kluby opozycji - PO i PiS - były czytelne. Wiadomo było, z czym się nie godzą i co obiecują zmienić. Wystarczyło na kolejne wybory, do których PO szła ze sławionymi przez PiS19 kartkami, a PiS - z obszernym, ale czysto publicystycznym programem.
Po nich, uchyliwszy się od koalicji, PO powołała gabinet cieni, który mało zdziałał, ale wydał księgę Rokity. W maju konferencja programowa ma napisać pełen program.
Tylko po co? W obecnym polskim systemie parlamentarnym gwałtowny przewrót sejmowy jest niemal niemożliwy. W obecnym stanie państwa i prawa program trzeba pisać na nowo co pół roku, bo zmieniają się punkty odniesienia. Jak zaś wiadomo, w najważniejszym wyborczo medium - telewizji - nie da się przyzwoicie przedstawić niczego, co jest dłuższe niż jednak kartka.
Z punktu widzenia marketingu politycznego szeroki program opozycji nie ma więc większego sensu, a w połowie kadencji - wręcz żadnego. To tylko trwonienie sił i kasy. Koalicja wyznacza pola starć, decyduje, o czym parlament ma debatować, a opozycji pozostawia rolę clowna z elementami Rejtana. Wiosną 2009 PO będzie musiała się określić - czy chce się ścigać z PiSem w socjalności, czy zaproponuje powrót do liberalizmu. Na razie mamy wiosnę 2007 i co innego na głowie.
32
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (116)