Ach, cóż to będzie za sobota... Małysz skacze, Polska gra z Azerbejdżanem, a na deser - oczywiście 30 Minut w TVP3 ;) Wyznam, że lajfując dziś o zamieszaniu na lewicy podglądałem jednocześnie skoki na monitorku pod kamerą, na którym zwykle widzę Kurier, by widzieć, kiedy prezenter będzie czegoś chciał ode mnie.
W sejmowym pokoju dziennikarskim, zwanym na cześć przemiłej gospodyni "U Pani Toli", zebrało się całe - nieliczne już w Sejmie w piątek pod wieczór - dziennikarskie grono: TVP3, TVN24, IAR, PAP i Money.pl. Chyba nikogo nie pominąłem. Słyszałem okrzyki zachwytu, ale też marudzenie, że Jacobsen skakał za dobrze.
A trzeba się cieszyć, że coś się dzieje, jest walka, są emocje. Rzadko się to teraz zdarza w Pucharze Świata skoczków. Małysz, wygrywając w latach 2001-2003, za każdym razem mógł być praktycznie pewien zwycięstwa w łącznej klasyfikacji już na przełomie stycznia i lutego. Podobnie Ahonen w 2005 i Janda w 2006 - ten już w połowie stycznia w Zakopanem był praktycznie zdobywcą pucharu.
Tylko sezon 2004 był dramatyczny. Ahonen, wyraźnie prowadzący po konkursach w Willingen w połowie lutego, potem nieco osłabł, a fruwać zaczął Ljoekelsoey. Po skandynawskim tournee Fin miał już tylko 10 pkt przewagi nad Norwegiem i wszystko miało się rozstrzygnąć w Planicy. Tyle, że Planicę odwołano - pewnie z braku śniegu, już nie pomnę - i Ahonen uratował puchar dla siebie.
Dziś w Planicy jest śnieg, przed nami dwa konkursy, liderów dzieli tylko 46 pkt - mniej niż połowa premii za 1. miejsce - i obu stać na wiele. Małysz udowodnił to dziś drugim skokiem w konkursie, Jacobsen - 225-metrowym lotem na treningu. Czy wolicie, by Małysz był jak ta sowiecka kulomiotka - nazwiska zapomniałem - która wtaczała się do koła, rzucała od razu 22 metry, by zrezygnować z następnych prób i z kpiącym uśmieszkiem obserwować, jak rywalki usiłują rzucić 20 metrów?


Komentarze
Pokaż komentarze (44)