Wyszedłem z TVP w niezłym nastroju. Program wydawał mi się dość interesujący i wartki, a reportaż - ciekawy. Przyznam, że właściwie tego reportażu wciąż nie widziałem, bo monitor stał daleko, pod kątem 70 stopni do mnie, niewiele słyszałem, a o odczytaniu napisów transkrypcji rozmów telefonicznych mogłem tylko pomarzyć.
Dreptając do metra zadzwoniłem do Andrzeja Friszke, do którego wydzwaniałem bezskutecznie pół dnia. Chciałem pogadać o publikacji IPN o rocznicy ROPCiO. O tym zamierzałem też skrobnąć w Salonie tej nocy. Już nie skrobnę - brak nastroju.
Tym razem odebrał. Odpowiedział na moje pytania i wspomniał o 30 Minutach sprzed paru tygodni, o Wałęsie. Nie będę cytował - mówił ostro, choć bez emocji. Andrzeja znam od lat, bardzo go lubię i cenię, więc jego krytyka boli i daje do myślenia.
Wszedłem do domu z nietęgą miną, ale moja K. tego zrazu nie zauważyła. - Wiesz, że to było straszne gówno? - rzuciła. Trochę się kłóciłem. Siadłem do kompa i przeczytałem kilka salonowych opinii. Są, hm, dość jednomyślne i jednoznaczne.
Wtedy zadzwonił telefon. Usłyszałem głos Mateczki: - Synu, wiesz, że to było baardzo, baardzo złe? - Jak przystało na kochającego syna, odparłem, skądinąd zgodnie z prawdą, że jestem zmęczony, po czym uczyniłem coś, co potocznie nazywa się rzuceniem słuchawką. Aczkolwiek niczym nie rzuciłem... Aha, dzieci nie oglądały.
Jakby nie dość było, że zaraz ta zła zmiana czasu, na której godzinę tracimy, a rano do roboty - nie wiem tylko, czy na SLD, ROPCiO, czy coś innego padnie.
Pewnie podejmę jeszcze próbę obrony 30 Minut i swej woli w tym programie. Ale obrony częściowej, bo gdy wszyscy mi mówią, żem palant, to coś na rzeczy być musi. Zrobię to jednak w dniu wolnym. Takowy będę miał w kwietniu.
35
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (35)