Obecna dyskusja w sprawie usunięcia krzyża sprzed pałacu Prezydenckiego nie jest tak naprawdę daleka od toczącej się od dawna kwestii obecności krzyży w miejscach publicznych. Powszechna nagonka na grupke wrocławskich licealistów teraz przenosi się także w wymiar szerszy, w dyskusje nad wartościami. I na tym podobieństwa się kończą.
Mówiąc szczerze jestem za usunięciem krzyży ze szkół, bo to nie ma dla nikogo żadnego znaczenia. Pamiętam dobrze czas odzyskania wolności, wprowadzenie religii do szkół i zawieszenie krzyży w salach. Od tamtej pory, a byłem uczniem w trzeciej klasie szkoły podstawowej, religia straciła dla mnie swój wymiar sakralny, stając sie kolejnym z listy przedmiotów, coraz bardziej zrutynizowanym i coraz bardziej zbędnym. W moich oczach wiara przynależy do swojego miejsca, do swoistego budowania nastroju, a nawet (jeśli nie przede wszystkim) do podjęcia wysiłku dla pełnego uczestnictwa. Same zaś dzieci nie zwracają uwagi na to, co tam nad tablica wisi, zachowując się po prostu z właściwą dla ich wieku beztroską.
Z drugiej zaś strony jestem zdecydowany bronić krzyża przed Pałacem. W przeciwieństwie do wielu moich kolegów z lewicy nie mam antykościelnej fobii i nie przeszkadza mi manifestowanie uczuć miłości do Boga przez wiernych. Krzyż w tym konkretnym miejscu pozostaje dla mnie symbolem rozegranej tragedii, czymś w rodzaju tych wszystkich przydrożnych krzyży w miejscach wypadków samochodowych. Dlatego powinien pozostać. A jeśli zdania są podzielone, wystarczy przeprowadzić referendum.
Odnoszę też nieodparte wrazenie sprawa krzyża ma spełniać rolę zasłony dymnej, maskującej poczynania partii rządzącej w innych, z punktu widzenia politycznego czy ekonomicznego, miejscach. Obym się mylił.
PS. Mimo wszystko mogę zrozumieć uczucie zazenowania obecnego Prezydenta, gdy widzi z okien ludzi domagajacych się prawdy o katastrofie. Jemu chyba na tym zależy znacznie mniej.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)