W telewizji mamy ostatnio spot poświęcony zwiększeniu posiadania dzieci, tak aby wszystkim było lepiej. Wydaje mi się, że to dość cyniczne postawienie sprawy. Czy naprawdę większa rodność jest lekiem na niewydolność systemu emerytalnego, którego wprowadzenie przez rząd Jerzego Buzka miało być rozwiązaniem ostatecznym i najlepszym?
Moim zdaniem problem leży w innym miejscu. Nie przeczę, że nasz kraj z łatwością przyjąłby kilka milionów nowych obywateli. W dzisiejszym świecie to nawet dość prosta sprawa, którą wszystkie kraje tak zwanej starej unii już dawno podążają. Większa ilość emigrantów oznacza kwestię ewentualnego „utrzymywania” przyszłych emerytów rozwiązaną i to przynajmniej pokolenie wcześniej, jeśli zdecydujemy się na zapraszanie lidzi na studia nad Wisłę. Inną rzeczą jest mentalna gotowość na tego typu działania, której osobiście nie dostrzegam.
Wracając jednak do kwestii posiadania potomstwa. Wydaje mi się, że kampania rządu jest nieco na wyrost. Trzeba bowiem pamiętać, że osoby urodzone w trakcie wyżu demograficznego początku lat osiemdziesiątych właśnie dobiegają trzydziestki i zakładają rodziny. Chętnie chcieliby mieć dzieci, a model 2+2 zapewni nam pełną zastępowalność pokoleń. Czy jednak zdecydują się choćby na jedno dziecko?
Popatrzmy na obecne warunki. Rząd już wpisał tzw. „becikowe”, wprowadzone zaledwie przed trzema laty na listę oszczędności. Kolejne szpitale podlegają przekształceniom nazywanym dla zmylenia opinii publicznej „komercjalizacją”, co oznacza ograniczanie miejsc dla pacjentów, mniejszą liczbę personelu i wprowadzenie opłat za przytłaczającą większość zabiegów. Każda wizyta u ginekologa 80 – 100 złotych. A potem jeszcze sam poród. Kto mi powie, w jaki sposób bezrobotna matka ma zapłacić 500 złotych za usługi położnej? A jeśli dziecko poważnie zachoruje to pozostaje tylko modlitwa lub rozpaczliwe prośby o pomoc w zebraniu astronomicznych kwot, co można zobaczyć w mediach dość często.
Ogromny problem to także brak mieszkań, zaporowe ceny u deweloperów oznaczają zaciągnięcie kredytu na 30 lub 40 lat, czyli praktycznie cały okres aktywności zawodowej. Nie buduje się już mieszkań komunalnych, kolejne samorządy nastawione są jedynie na „szybkie” zarobki ze sprzedaży tych już istniejących, działając zupełnie bez kontroli społecznej i bez szerokiej wizji na przyszłość. Dziś coraz więcej ludzi mieszka na tej samej powierzchni, zagęszczenie rośnie z każdym nowym pokoleniem.
Dziecko rośnie, a wraz z nim wydatki i problemy. Młoda matka chętnie wróci do pracy, ale nie może znaleźć miejsca w przedszkolu publicznym, prywatne kosztuje ją 500 złotych, czyli połowę pensji, więcej niż opłaty za mieszkanie. A za co ma kupić jedzenie i ubranie?
Kolejnym etapem jest szkoła, w której podręczniki kosztują co roku kilkaset złotych, a rynek wtórny nie istnieje, bo podstawy programowe i same podręczniki zmieniają się niemal co roku. Nie może być zresztą inaczej w sytuacji, gdy wydawnictwa korumpują nauczycieli zgodnie z prawem, ofiarowując im prowizje od zamówionych egzemplarzy.
Cała zaś wieloletnia i kosztowna edukacja okazuje się chybioną inwestycją, bo w naszym kraju jest praca tylko dla wybranych. Czy młode małżeństwa zdecydują się na zapewnienie niepewnej egzystencji swojemu kochanemu dziecku?
W obliczu tych wszystkich faktów, kogo jeszcze może dziwić zmniejszanie liczby ludności w naszym kraju? Dodajmy do tego jeszcze milion (ostrożnie licząc) emigrantów zarobkowych, którzy opuścili nasz kraj w poszukiwaniu lepszego życia. To także ludzie młodzi, zakładający dopiero rodziny, którzy mogliby budować lepszą przyszłość Polski, ale tej szansy nie dostali.
Z tej smutnej wizji wynika tylko jedno. Jeśli w ciągu najbliższych kilku lat nie będzie zmian, nie pozostanie nam nic innego jak otwarcie granic dla przybyszów ze Wschodu. Znając dokonania polityków, radzę się oswajać już dziś z tą myślą.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)