Od dawna słychać głosy zwolenników zmniejszenia podatków, głównie wśród zwolenników liberalnego państwa. Podstawowym argumentem, jakim szermują, jest stwierdzenie, że jednostka lepiej wie, jak wydać własne pieniądze. Wskazują często także na niewydolność państwa, na wszechobecną kosztowną biurokrację, która kosztuje krocie, nie przyczyniając się do wzrostu gospodarczego i podnoszenia poziomu życia mieszkańców. Niejednokrotnie dziennikarze i publicyści tworzą poruszające wyobraźnię czytelników artykuły mówiące o utrzymywaniu rzesz bezrobotnych, rencistów i emerytów. Cała ta sytuacja skłania do myślenia o tym, komu tak naprawdę zależy na utrzymaniu niskich stawek podatkowych.
Nikt nie lubi płacić podatków, ale jednocześnie wymaga nakładów na infrastrukturę, na obiekty użyteczności publicznej, na bezpieczeństwo i wysoki poziom kompetencji urzędników państwowych. Nie jest możliwe osiągnięcie wzrostu nakładów na te cele przy zmniejszeniu przychodów, powinni znać tę prawdę wszyscy entuzjaści rynkowego patrzenia na rzeczywistość.
Jeżeli pracownicy najemni zarabiają mniej niż 2 tysiące złotych brutto miesięcznie, to kwota ich podatków nie przekracza 400 złotych. Dla porównania kadra zarządzająca zarabiająca już ponad 8 tysięcy musi oddawać fiskusowi ponad 2, 5 tysiąca. Nic dziwnego więc, że do obniżania podatków nawołują najczęściej osoby lepiej zarabiające. To w ich interesie leży uzyskanie najniższych stawek podatkowych, bo procentowo to dla nich największa różnica. Nie byłoby w tym nic złego, jeśli byłoby to wyłącznie kwestią podatku dochodowego.
Niskie podatki wcale nie służą tworzeniu lepszego poziomu życia społeczeństwa. Służą one jedynie jednostkom, zostawiając gorzej zarabiającą większość samą sobie. Najlepszym przykładem skutków takiej polityki fiskalnej są Stany Zjednoczone, gdzie najniższe podatki tworzą bariery społeczne nie do przebycia dla ogromnej większości społeczeństwa, czyniąc usługi medyczne i edukację dostępną jedynie dla wybrańców. Wysokie opodatkowanie w Szwecji czyni ten kraj przyjaznym dla ogółu obywateli, nie tyle niwelując różnice społeczne, co stwarzając szanse godnego życia i równego startu dla wszystkich.
Istnieje właśnie w Ameryce powiedzenie, że po osiągnięciu pewnego pułapu dochodów płacenie podatków jest już tylko kwestią dobrej woli. Nie ma wątpliwości co do prawdziwości tych słów. Wszyscy znamy historię o korzystaniu z ‘rajów podatkowych” czy wyjazdach na okres nieco dłuższy niż 6 miesięcy w celu uniknięcia płacenia podatków. Robią tak i znani finansiści, artyści, i wszyscy ci, którzy mają do tego środki. Właśnie tak działa ten mechanizm – jeśli masz odpowiednio duże dochody, stać cię na wynajęcie armii księgowych i prawników, którzy znajdą setki sposobów ominięcia przepisów. Podobnie i w naszym kraju przedsiębiorcy tankują auta całej rodziny na faktury firmowe, urządzają imprezy rodzinne jako biznesowe spotkania, kupują auta „z kratką” i wpisują w koszty uzyskania przychodu wszystko to, co ich „kreatywna” księgowość zniesie. Ciężar utrzymywania państwa spada tylko na barki pracowników najemnych, którzy nie są w stanie ani wynająć dobrych księgowych, ani nawet odłożyć nawet niewielką sumę swoich dochodów, bo koszty utrzymania im na to nie pozwalają.
Efekty widać gołym okiem. Rozwarstwienie polskiego społeczeństwa pogłębia się z każdym rokiem, przy czym większość ruchów odbywa się w dół skali. I nie widać żadnych propozycji niosących zapowiedź realnych zmian istniejącego stanu rzeczy. Powoli zmierzamy w stronę pogarszania się warunków życia większości społeczeństwa. Z tej drogi można zawrócić jedynie wówczas, gdy przestaniemy koncentrować się jedynie na własnej i doraźnej korzyści.


Komentarze
Pokaż komentarze (28)