Od kilku tygodni we Wrocławiu działa program „Wrocławski absolwent”. Jak wielokrotnie podkreślają media, to wspaniała szansa dla przyszłych absolwentów wrocławskich uczelni. Udział w programie ma bowiem za zadanie przygotować przyszłych magistrów do pracy w międzynarodowych korporacjach. Postanowiłem przyjrzeć się temu, co oferuje tak reklamowany w mediach i z dumą ogłaszany przez Urząd Miasta program [ http://www.wroclaw.pl/abolwent,1.dhtml ]
Oto wybrano – w drodze konkursu, choć nie znam jego szczegółów, nie znam też kryteriów, według których dobrano zespół 40 studentów ostatniego roku studiów na Uniwersytecie Wrocławskim. Według dokumentów z Biura Karier UWr nie wynika dokładnie nic.[ http://www.careers.uni.wroc.pl/index_pl.php?box=programy_ue_opis&page=1&pid=104 ] Podanie i ewentualna rozmowa kwalifikacyjna to właściwie proces rekrutacyjny do pracy w międzynarodowej korporacji. Nikt tego zresztą nie ukrywa, wręcz przeciwnie nawet – lista firm zawiera takie giganty jak HP, Siemens, McKinsey, BZ WBK czy Google. Część szkoleń będzie przeprowadzana właśnie przez pracowników tychże firm
Jeszcze bardziej interesujący jest program zajęć. Studenci mają zajmować się takimi poważnymi sprawami, jak Business English, Efektywna komunikacja i współpraca w zespole, Twórcze rozwiązywanie problemów i Umiejętności numeryczne. Poza ostatnim blokiem, zajęcia będą prowadzone po angielsku. Liczenie już nie, choć i tutaj, jak podawała wrocławska GW, słuchacze zajmują się „analizą case’ów, dostarczonych przez prowadzących z korporacji, takich samych, na jakich pracują na co dzień ich pracownicy”. Gazeta dodaje jeszcze, że te zajęcia pomagają w płynnym porozumiewaniu się po angielsku, podkreślając przy tym fakt, iż na zajęciach studenci czytają Szekspira w oryginale. Coś wspaniałego, nieprawdaż, jak te międzynarodowe firmy dbają o rozwój duchowy swoich pracowników!
Oczywiście, wszystko to sprzedane jest jako program „naukowy”, za który pilny student dostanie po 4 punkty w ramach systemu ECTS. Jak z dumą podkreślają władze UWr, to „sami pracodawcy – najwięksi inwestorzy w regionie – położyli nacisk na doskonalenie języka angielskiego i umiejętności miękkich”. Prorektor ds. nauczania podkreślił, że „musimy szukać czegoś pośredniego między nauczaniem uniwersyteckim a nauką zawodu”. Stąd młodzi ludzie w moim mieście będą mieli okazje nauczyć się profesjonalnego obsługiwania MS EXCEL i tworzenia prezentacji w MS POWERPOINT. Oczywiście, zrobią to wszystko zespołowo, pod kierunkiem specjalisty, w języku samego Williama Szekspira.
Najlepsze zostawiłem na koniec. Oto myliłby się ten, który pomyślałby przy lekturze spisu tych wszystkich wspaniałości o tym, że światowy biznes postanowił zainwestować w przyszłe kadry. Za cały program ci giganci światowych rynków nie płacą ani grosza. Wszystkie koszty ponosi Urząd Miasta Wrocławia. I jeszcze jest z tego dumny, rozgłaszając ten fakt w każdym opłacanym przez siebie miejscu w sieci.
Cała ta sytuacja byłaby może nawet i zabawna, gdyby nie niosła za sobą różnorodnych skutków na przyszłość. Powodzenie takiego przedsięwzięcia, a w nie naprawdę nie wątpię, zainicjuje szereg wydarzeń, które będą miały szeroki oddźwięk nie tylko w samym Wrocławiu.
Istotą tego programu jest bowiem zbudowanie siatki osobistych powiązań, które zdecydują o przyszłości miasta. W tym programie korzystają przecież wszystkie strony. Bogate zagraniczne koncerny zauważą szansę dla siebie na znalezienie taniej i wykształconej siły roboczej i na pewno będą projektem zachwycone, zwłaszcza iż to ich wymagania stanowią punkt wyjścia przy układaniu planu zajęć. Studenci biorący w nim udział, licząc na zatrudnienie, będą wynosić pomysłodawców pod niebiosa. A i magistrat zyska kolejnych wielbicieli własnej polityki wśród napływowej braci studenckiej. Już dziś można w jednym ze studenckich pism przeczytać o tym, jaki to prezydent Dutkiewicz jest wspaniały, dba świetnie o miasto, w którym brużdżą mu natarczywi rowerzyści i inni malkontenci, niedostrzegający wielkości planów włodarza miasta.
Osobiście mam nieco większe ambicje niż wyrobnictwo w międzynarodowej firmie. Smuci mnie jednak fakt coraz większego braku krytycyzmu dla stopniowego zawłaszczania przez rynek wszystkich dziedzin życia. W ciągu ostatnich dwóch dekad nieustannie wmawia się nam, że musimy się kształcić, że nadszedł czas „gospodarki opartej na wiedzy”. Co więcej, zmuszono dzisiejszą młodzież do zdawania matury i „robienia dyplomu”, czyniąc to wszystko jedynie w imię zysku. Bo czymże innym jest takie obniżenie poziomu matury, że dziś wystarczy przyjść na nią, by zdać? W całym tym planie chodzi jedynie o to, by jak największa liczba młodych płaciła czesne, będąc jednocześnie tanią siłą roboczą podczas trwania studiów (wystarczy otworzyć pierwszą lepszą gazetę codzienną, by znaleźć co najmniej kilkanaście ogłoszeń typu „osobę uczącą się zatrudnię”) i równie oddanego wyborcę już po uzyskaniu dyplomu i wejściu w tą wymarzoną grupę „młodych, wykształconych, z dużych miast”.
Jeżeli nadal będziemy w taki sposób traktować cały system edukacyjny, następne pokolenie może zostać pozbawione rzeczy bezcennej – własnego zdania.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)