Aby nie narazić się na zarzut celowego wprowadzania czytelników w błąd postanowiłem zacząć od wyjaśnienia tytułu, nieco naginając kompozycję felietonu, być może przy okazji psując sobie nieco pointę. Nie mam bowiem na myśli wyborców PO, w każdym razie nie tylko. Chodzi mi raczej o pewien syndrom, obecny w naszym społeczeństwie już dobre kilka lat przed powstaniem tego ugrupowania, będącego na dobrą sprawę efektem istnienia tegoż syndromu i potwierdzeniem mojej teorii.
Mit rozwoju gospodarczego naszego kraju po odzyskaniu tak zwanej wolności, z uporem powtarzany nie tylko przez większość polityków, wprowadził w obieg pojęcie „budowania klasy średniej”, tak jakby przed chwalebnym „przełomem” Okrągłego Stołu nie istniała u nas w ogóle warstwa prawników, lekarzy, nauczycieli akademickich i szkolnych, urzędników państwowych i innych ludzi w lepszym położeniu od setek tysięcy robotników fizycznych w fabrykach, nieco niżej jednak usytuowanych od partyjnych i rządowych oficjeli. W bardzo krótkim czasie masowo wówczas czytana „Gazeta Wyborcza”, na spółkę z tygodnikiem „Wprost”, zajmowała się uczeniem Polaków przedsiębiorczości w kapitalistycznym świecie, gdzie wystarczy jedynie „wziąć sprawy w swoje ręce”, by w krótkim czasie odnieść sukces mierzony własnym samochodem i domkiem, osiągnięty dzięki ciężkiej pracy i własnej inicjatywie. Reprezentację polityczną zapewniała Unia Demokratyczna i Kongres Liberalno-Demokratyczny.
Szybko się okazało, że rzeczywistość jest nieco inna. Cóż, już dawno wymyślono w innych krajach, że jeśli fakty nie odpowiadają rzeczywistości, tym gorzej dla faktów. Dlatego każde fiasko tak zwanej „transformacji ustrojowej” tłumaczono na wszelkie możliwe sposoby, poza tym prawdziwym – w dzikim polskim kapitalizmie, pełnym metod rodem z początków XIX wieku nie było, nie ma i nie będzie miejsca na średnią klasę. Polaryzacja dochodów, pogłębiająca rozwarstwienie społeczne będzie rosła z prędkością wprost proporcjonalną do szybkości wyprzedaży majątku narodowego. Jedynie wąska grupa ludzi, która albo zgarnie profity z przeprowadzanych transakcji albo zgodzi się pełnić rolę posłusznych nadzorców współplemieńców dla nowych panów, może liczyć na zrobienie fortuny. Przeważająca reszta nieustannie będzie degradowana do roli wyrobników, mających do zrobienia swoją brudną robotę za wynagrodzenie potrzebne do przeżycia. Jeśli ktoś w tym momencie sądzi, że przesadzam, to proszę przypomnieć sobie, kiedy ostatnio robił (lub robiła) zakupy w rodzinnym sklepiku. To powinno uzmysłowić, że może jednak w tym, co piszę, jest nieco prawdy.
Podobny mit zbudowano wokół wykształcenia. Oto od lat słyszymy zapewnienia o budowaniu, wzorem amerykańskiego społeczeństwa, „gospodarki opartej o wiedzę”. Jest to kompletna mrzonka, bo naszą specjalnością, po upadku lub sprzedaży wszystkich polskich firm produkujących wymyślone w Polsce maszyny i urządzenia, stało się mało wymagające wiedzy montowanie maszyn i urządzeń wymyślonych gdzie indziej. W dodatku do istniejącego w każdym polskim domu przekonania o konieczności wykształcenia dla zdobycia dobrej pracy i lepszej pozycji społecznej dodano zgodną z kupiecką mentalnością i logiką wykładnię edukacji jako inwestycji. Nic dziwnego zatem, że biedni uczniowie i studenci, bombardowani ze wszystkich stron głosami autorytetów i ekspertów, nie tylko uwierzyli, że innej drogi nie ma, ale postanowili zrobić niemal wszystko, by edukację i jej wymierny symbol – dyplom, sobie zapewnić.
Tak kształceni ludzie, w systemie uznającym wychowawczą rolę edukacji za zbędny balast, nienadążający za „potrzebami rynku”, związani najczęściej podświadomie mitami wpajanymi przez media, szybko uznali, że są kimś wyjątkowym, kimś ważnym i mającym niejako zagwarantowane miejsce wśród przyszłych elit. Największą zaś zmianę można dostrzec wśród tych, którzy z dużym miastem zetknęli się najczęściej dopiero przy okazji studiów właśnie, gdzie zauroczyło ich życie biegnące w innym tempie, piękne wystawy ekskluzywnych galerii handlowych i perspektywy doświadczeń wcześniej niedostępnych. I to oni w pogoni za spełnieniem mitu, serwowanego im przez lata, postanowili działać według zasad znanych z tych samych mediów, które na tę drogę ich skierowały. Wykazują w tym działaniu konsekwencję, ale nie powinno to nikogo dziwić. Dla osób pochodzących z takiego „nadmuchanego” awansu nie istnieje inna droga, przyznanie się do błędu oznaczałoby przecież zanegowanie całego sensu życia. W ramach tej retoryki uważają za słuszne postępowanie według wskazówek tych samych autorytetów, które wskazały im drogę przy wyborze ścieżki edukacji. Nie ma przy tym znaczenia, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Skoro komuś się nie udało, to pewnie jest głupszy, mniej pracowity, mniej wykształcony, mniej zaradny, ma „wyuczoną” bezradność i roszczeniowe podejście – tak przecież mówią ludzie, którzy się na tym znają, którzy do czegoś w życiu doszli i dlatego na pewno wiedzą, co mówią.
Nie ma zatem żadnego powodu, by nagle, po kilkunastu latach ogłupiającej propagandy sukcesu, młodzi ludzie zaczęli myśleć inaczej. Muszą najpierw na własnej skórze doświadczyć realnego życia, by później wyciągnąć własne wnioski. Po raz pierwszy w życiu.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)