Od jakiegoś czasu można odnieść wrażenie, że największą nadzieją polskiej polityki jest Grzegorz Napieralski. W trwającej niemal rok kampanii wyborczej [tak, tak, to nie pomyłka] powoli, aczkolwiek konsekwentnie i zdecydowanie, wysuwa się na drugie miejsce w rankingach zaufania. Że dopiero drugie? Spokojnie, to dopiero rozgrzewka przed kampanią wyborczą.
Grzegorz Napieralski uwodzi sympatyczną twarzą, miłą rodziną i spokojem, którego brak oponentom. Zachwycone zdają się nim być gospodynie domowe na równi ze studentami kontestującymi wpływy Kościoła na życie polityczne. To jednak tylko twarz medialna, a prawdziwe oblicze tak zwanego Sojuszu (tak zwanego, bo w tym słowie zawarta jest informacja o równości sojuszników, a tej próżno szukać w tych strukturach) jest nieco inne.
Prawdziwe twarze są na razie ukryte, czasem tylko wychyną tu i ówdzie. Jak na przykład rzecznik SLD, pan Kalita, którego słowa uznania pod adresem prezydenta Komorowskiego („wszedł w prezydenturę uszytą przez Kwaśniewskiego”) można jeszcze zrozumieć jako przejęzyczenie, o tyle jego wizję państwa jako „galerii handlowej, gdzie zrzucamy się na wejściu i korzystamy z podstawowej infrastruktury. Za resztę musimy dopłacić.” [źródło] ludzie lewicy nie powinni przyjmować, jako ci, którzy nawołują raczej do tego, by nie płacić za wiele tak zwanych usług, przynoszących zyski nie tylko osobiście ich beneficjentom. Chyba, że coś się zmieniło i teraz już można przyjąć odpłatności.
Na przykład za studia, jak głosi ten lewicowy polityk.
Na czym polegać ma lewicowość, według nowych baronów SLD, którzy już czyhają za plecami starych towarzyszy? Na rewolucji… kulturalnej, znaczy się, chciałem napisać – kulturowej. W wyobraźni pana Kality to właśnie tego potrzeba temu umęczonemu narodowi, aby wszystkie problemy zniknęły jak ręką odjął. Biedne polskie kobiety będą mogły decydować o sobie wedle własnej woli – raz aborcja, raz in vitro, w zależności od nastroju, religię przeniesiemy do salek katechetycznych i nastąpi dzięki temu cud gospodarczy pod rządami socjaldemokratów. I wówczas zapewne każdego będzie stać na płatne studia.
Pan Kalita w swej bucie, wynikającej z słupków rozmaitych sondażowni, zdaje się zapominać o tym, że postulaty te już były realizowane w tym kraju i jakoś nie znalazły wielkiego uznania w zacofanym kulturowo społeczeństwie, a partie europejskie, na jakie się powołuje [Partia Pracy i SPD] już dawno odeszły od programu „trzeciej drogi”.
Istotą lewicowości w tym kraju nie był nigdy ani prymitywny antyklerykalizm ani też liberalizm obyczajowy. Polska, kraj biedny i niefortunnie położony geopolitycznie ma trochę inne priorytety, zwłaszcza dziś, w tak trudnej sytuacji ekonomicznej. Jeśli lewica będzie się samoograniczała do spraw drugorzędnych, bez zbudowania spójnego programu reform, to owszem, będzie w jakiś sposób istnieć na scenie politycznej, ale będzie to zawsze kwiatek u kożucha liberałów niszczących struktury państwa odpowiedzialne za politykę społeczną i ograniczające się do aparatu przymusu. Jak rozumiem, i tu pan Kalita przyklaskuje takim rozwiązaniom, zgodnie z duchem „lewicy XXI wieku”.
Co znamienne, nie tylko z przytaczanego wywiadu wybija się pewien sposób myślenia, który stał się popularny ostatnio wśród członków i sympatyków SLD. Otóż zaczynają oni wierzyć – o czym piszą otwarcie – że „im gorzej tym lepiej”. I znów pytanie rodzi się w mojej podejrzliwej głowie. Mianowicie jak ludzie określający samych siebie jako społecznie wrażliwi mogą wyrażać tak cyniczne sądy polityczne? I to mają być nasi lewicowcy, dla których los człowieka jest najwyższym dobrem? I to mówią ludzie niejednokrotnie odwołujący się do teorii Keynesa, który był pierwszym przestrzegającym przed faszyzmem rodzącym się z kryzysu? Nawet Marks nie wierzył, że „im gorzej, tym lepiej”, ale pisał o konieczności organizowania się i współdziałania dla uzyskania poprawy jakości życia robotników. Ale przecież w tej partii od dawna nie liczy się żadna teoria, żadna wartość oprócz tej jednej, jedynej – władzy. Władzy za wszelką cenę.
To od nas, ludzi lewicy poza „jedynie słuszną partią”, zależy tak naprawdę los tego tworu, budowanego za moskiewskie pieniądze i służącego jedynie własnym interesom. Przez dziesięciolecia to ludzie dziś związani z tą partią szargali dobre imię polskich działaczy lewicowych, więzili i mordowali ich, a innym nie pozwalali przez lata wrócić do kraju. Nie dajmy się zwieść nowym twarzom, bo to tylko wymiana pokoleń, będąca wynikiem bezlitosnej walki we własnych szeregach, w żadnym razie walki ideowej. To na nas spoczywa zadanie przywrócenia dobrego imienia polskiej lewicy.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)