Kiedy jakiś czas temu pisałem o powodach dla których nie warto głosować na SLD, spotkałem się z polemiką mówiącą o tym, że dzisiejsza partia nie ma nic wspólnego ze swoimi korzeniami rodem z PRL, że to przecież młodzi ludzie o socjaldemokratycznych przekonaniach i nowej wrażliwości. Być może to jedynie moje skrzywienie, ale trudno zobaczyć mi lewicową wrażliwość w głosowaniu za ustawami reformującymi szkolnictwo wyższe czy prymitywnym antyklerykalizmie członków SLD.
Owszem, ludzie u władz SLD są młodzi, nowi i bez obciążeń w biografiach. Trudno mi jednak nie dostrzec, że lata spędzone u boku doświadczonych towarzyszy owocują dziś powielaniem schematów rodem z poprzedniego ustroju. I tak słowa lidera o istnieniu „jedynej partii lewicowej” potwierdzają praktykę uprawiania polityki polskiej lewicy parlamentarnej. W roku wyborczym zwłaszcza, choć proces ten ma miejsce już od wyborów prezydenckich. SLD zdaje się stosować tutaj wierną kopię stalinowskiej „taktyki salami”, znanej z lat czterdziestych ubiegłego wieku. Budowane sojusze są jedynie taktyką, służącą podporządkowaniu sobie, kawałek po kawałku, organizacja po organizacji, wszystkich potencjalnych sojuszników i – co ważniejsze – wrogów po lewej stronie sceny politycznej. I tak z list jedynej lewicowej siły w kraju startować będą i kobiety z Partii Kobiet (parytet) i Zieloni (powiedzmy ekologia, choć to właśnie SLD w 2003 przegłosowało odrzucenie ustawy ograniczającej produkcję butelek PET, stanowiących ogromny procent śmieci, o przedłużeniu na lata pozwolenia na jednorazowe torby foliowe nie wspominając), a ostatnio nawet Kampania Przeciw Homofobii. Spotkałem się ze zdaniem, że to dobry trend, że przecież nawet jeden „zielony” poseł będzie już rewolucją w naszym parlamencie. Śmiem przypuszczać, że to może być prawda – taki ekologiczny kwiatek do kożucha, który przy odrobinie szczęścia może być kobietą pochodzącą z jakże licznych ostatnio mniejszości seksualnych.
Ostatnie informacje o wchłonięciu Unii Pracy zdają się potwierdzać moją teorię. Kto zaś nie wierzy temu polecam lekturę klasycznego teoretyka przewrotów za wszelką cenę – Lenina. W swej, chyba trochę pochopnie zapomnianej, książce „Dziecięca choroba lewicowości w komunizmie” ten mierny myśliciel i zarazem skuteczny polityk daje jasne wskazówki co do przejmowania władzy. Zbytnia ideowość jego zdaniem jest nie na miejscu, trzeba być elastycznym - co innego myśleć i co innego robić – nie wahając się przed niczym, nawet koalicją z najgorszymi wrogami. Liczy się bowiem cel nadrzędny, jakim jest władza, a cel ten uświęca wszelkie środki.
Ideowość z całą pewnością przeszkadza politykom SLD. Wielu działaczy otwarcie już mówi o tym, że czas tradycyjnej lewicy się skończył, że nie mają sensu dawne postulaty. W pewnym sensie ich rozumiem. Niedobitki klasy robotniczej już nie chodzą na wybory, zajęte walką o przeżycie poniżej socjalnego minimum. Czymś jednak trzeba przyciągnąć nowych wyborców. W nowych czasach nie przeszkadza już brak programu, ważniejsza jest obecność w telewizji śniadaniowej i zaprezentowanie własnej rodziny podczas programu kręconego w naszym domu. Można też rozdać trochę owoców z własnego sadu, choć w tym sezonie może być to niełatwe – wszak FSO już nie ma.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)