Z wielkim smutkiem i żalem przyjąłem wiadomość o śmierci (bo tak to trzeba nazwać) wydawnictwa Ossolineum. Przez lata wydawnictwo coraz bardziej chyliło się ku upadkowi i wreszcie ten smutny moment ostatecznego krachu nastąpił. Nie zmogły go ani zabory, ani okupacje nazistowskie i komunistyczne, zmógł jednak wolny rynek, dusząc swą niewidzialną ręką pewnie i bez moralnych wątpliwości. Widocznie w XXI wieku nie ma już miejsca na coś, co nie przynosi łatwo obliczalnych zysków, jakie może wyliczyć firma przeprowadzająca audyt.
Przez dziesięciolecia – od 1919 roku - swojego istnienia seria Biblioteki Narodowej, popularnie zwanej „beenką”, przynosiła nam klasykę literatury, nie tylko polskiej. Opracowane naukowo dzieła z długimi, merytorycznymi wstępami uznanych sław w danej dziedzinie historii literatury dawały coś, czego dziś tak brak w naszej kulturze – przywilej obcowania nie tylko z tekstem literackim, ale możliwość krytycznego na nie spojrzenia. Tudzież spojrzenia na daną epokę, na sylwetkę twórcy bądź twórców, na uzyskanie pewnej wiedzy o autorze i samym dziele. Wkład ten trudno przecenić, a jednak okazało się, że już po prostu nie ma miejsca na takie traktowanie literatury. W prozaicznym, przyziemnym, czysto ekonomicznym rachunku zysków i strat wartość nieprzeliczalna na pieniądze zupełnie przecież nie istnieje.
Skoro nie udało się z tak poważną serią, nie mogło udać się z mniej znanymi tytułami. Owszem, pewnie można mieć zastrzeżenia do ludzi odpowiedzialnych za kwestie sprzedaży, rozliczenia finansowe i całą resztę spraw w wydawnictwie, ale to jedynie pierwsza strona medalu. Drugiej jakoś na razie nie widać i nikt nie kwapi się do tego, by zajrzeć za kulisy. Wiadomość o zakończeniu działalności nie wprawiła w ruch wielu z tych, którzy mogliby mieć coś ciekawego do powiedzenia w tej kwestii.
Tym właśnie smutniejsza to śmierć, że właściwie przemilczana. Nikogo, jak dotąd, z lokalnych mediów, temat końca wydawnictwa nie przejął. Nie przejął też i innych, mających nieco więcej mocy sprawczej niż nasza, jakże przecież ułomna, czwarta władza. To trochę dziwne, że właśnie tu, we Wrocławiu, dumnie obnoszącym się tytułem Europejskiej Stolicy Kultury 2016, zabrakło woli, by jednak w jakiś sposób wspomóc tak zasłużony dla polskiej kultury podmiot. Ale skoro ważniejsza jest budowa strefy kibica i organizacja koncertów dawno przebrzmiałych gwiazd muzyki popularnej, trudno domagać się, by miasto ratowało jakieś, w gruncie rzeczy niszowe przecież w naszych czasach, ambitne projekty. W takich chwilach pojęcie kryzysu powraca niczym bumerang a decydenci brzmią niczym zacięta płyta, powtarzająca w kółko kwestię o konieczności zaciskania pasa. Nawet, jeżeli ten ucisk odbywa się na krtani i pozbawia tchu na zawsze.
Podobnie z władzą państwową. Minister od kultury, nasz człowiek przecież, jakoś milczy. Wspomina oczywiście o wykupieniu znaku towarowego, ale cóż może innego powiedzieć? Inni w ogóle tematem się nie zajmują. Przedstawiciele państwa w województwie też. Może to i lepiej nawet, bo mielibyśmy pewnie pomysły w stylu marszałka o sercu po lewej stronie, który wzorem swych starych towarzyszy partyjnych wymyślił, że komisarz w teatrze będzie lekiem na całe zło. Skoro tak dobrze działało w czasach władzy ludowej…
I tak bez szumu i łez pożegnamy najstarszą polską oficynę wydawniczą. Trochę jednak żal.



Komentarze
Pokaż komentarze (25)