Należę do ludzi, którzy cierpią na swoistego rodzaju chorobę. Nieuleczalną, ale zupełnie nie groźną dla otoczenia. Otóż nigdy nie mam pewności co do prawdziwości tych czy innych medialnych przekazów, niezależnie od nazwy medium, które mi tę wiadomość przekazuje. Nigdy też nie zadowalam się wysłuchaniem racji jedynie jednej strony. Nawet dopuszczam do siebie straszne myśli o tym, że mogę się po prostu mylić. I tak cierpię po cichu, poszukując złotego Graala prawdy. Z tym większą ciekawością sięgnąłem po książkę Martyny Ochnik zatytułowaną „Oszołomy”. Nie mam co prawda zaszczytu zaliczać się do grona opisanych tam osób, ale zawsze warto poznać innych. Oswoić może nieco tę Polskę pogardzaną i wyśmiewaną w modnych tygodnikach opinii. A temat Smoleńska to coś, obok czego nie można przecież przejść obojętnie.
Literacko książka jest, niestety, żałośnie słaba. Autorka, jakby wzorując się na Witkacym, uczyniła ze swej powieści worek, do którego wrzuciła wszystko, co uznała za słuszne. Mamy tu zatem powieść obyczajową poprzetykaną reportażem, cytatami z mediów i sieci, próby krótkich rozważań filozoficznych i nieco historii III RP. W efekcie, jakby z nadmiaru, akcja powieści się nie rozgrywa w ogóle. Jej jedynymi wyznacznikami są wydarzenia związane z momentami przełomowymi w ciągu kilkunastu miesięcy po kwietniu 2010. Znajdziemy tu wzruszający opis żałoby narodowej i pogrzebu prezydenckiej pary, powstawanie akcji obywatelskich różnego zasięgu i pokroju, a także ludzkie głosy już nieco zapomniane, a przecież nadal aktualne. Ważne wydarzenia i tematy, które rozgrywają się tu i teraz, a przecież jakby obok nas.
Trochę szkoda jedynie, że konstrukcja całości jest tak słaba. Nawet bohaterowie są bladzi i nijacy, wycięci z matrycy poglądów, z głównym bohaterem na czele. Przemiany pary bohaterów – ona z fotoreporterki „największego dziennika między Łabą a Władywostokiem” (notabene o zmienionej nazwie, choć większość nazw i nazwisk jest prawdziwa) w pracownicę „GP” i on z obojętnego na politykę chłopaka w antysystemowego działacza, co obwieszcza na końcu książki gromkim „Precz z komuną” - są tak sztywne od sztampy, że powalają nudą zupełnie tak samo jak socrealistyczne produkcyjniaki lub powieści tendencyjne Orzeszkowej. Cóż jednak można było innego zrobić z bohaterem, który zwyczajnie musi być patriotą, bo babcia z AK i ojciec z Solidarności zobowiązują. Nawiasem mówiąc, bez takiego pochodzenia nie mam najmniejszych szans na bycie wśród „oszołomów”, co trochę mnie smuci.
Mam jednak nieodparte wrażenie, że akurat ta książka nie powstała dla zajęcia miejsca na podium wielkiej sztuki. To wzruszająco naiwny i bardzo mocno zaangażowany kawał prozy, który ma jedną podstawową wartość. Jest po prostu autentyczny. Niezależnie od wszystkiego, co można sądzić o ludziach z tak zwanej „sekty smoleńskiej”, prezesie PiS czy polskiej polityce zagranicznej, taki zapis należy uszanować. Owszem, są błędy stylistyczne, ludzie nie porozumiewają się ze sobą tylko wygłaszają slogany i cytaty z Internetu (celują w tym obie strony sporu), a życie osobiste bohaterów nie istnieje, tak ich pochłaniają myśli o kraju wstrząśniętym tragedią. Niemniej spod tego wszystkiego wyłania się postać autorki, która nie tylko głęboko przeżywa to, co pisze, ale dzieli się tymi rozterkami z czytelnikami. Nie jest ważne, czy robi to świadomie czy nie, ale to osobiste zaangażowanie widać. I choćby dlatego warto po tę książkę sięgnąć.
Mnie osobiście lektura tej książki nie zaszkodziła. Co więcej, przypomniała o tym, że – choć nie oddałem głosu na Lecha Kaczyńskiego i raczej nie oddałbym gdyby żył – był moim prezydentem. Prezydentem mojego kraju. I chciałbym zwyczajnie, tak po ludzku, wiedzieć, dlaczego zginął. I dlaczego musiała zginąć jego żona, której jedynym przestępstwem było to, że poślubiła akurat tego człowieka. O pozostałych ofiarach nie wspominając. Te strony przypomniały mi też nie tylko wszystkie przekłamania śledztwa (jeśli było jakieś śledztwo z prawdziwego zdarzenia) ale też te wszystkie chwile, gdy nie mogłem uwierzyć, że to, co widzę dzieje się naprawdę. Bo to nie tylko 10 kwietnia, to także przecież walki o krzyż, to przeganianie ludzi nie pasujących do widoku z okien Pałacu Prezydenckiego i modnych knajp na Krakowskim Śródmieściu, to wiele innych zdarzeń zaczerpniętych z jakieś groteski, którą ktoś reżyseruje, śmiejąc się w kułak, a my nazywamy własnym życiem w wolnym kraju.
Te dwa pozytywy, które napisałem powyżej o tej książce nie powinny przesłaniać minusów, które to dzieło w sobie zawiera. Niemniej jednak poświęcenie wieczoru na lekturę może wzbogacić potencjalnego czytelnika. Zwłaszcza takiego, który uważa, że „oszołomstwo” trzeba tępić. Po przeczytaniu całości może bowiem zmienić się nie do poznania. I, na przykład, następnego dnia kupić „Gazetę Polską”. Jak na razie, nie jest to jeszcze przestępstwo. Choć być może trzeba się śpieszyć. W każdym razie na samodzielne myślenie, tak jak na naukę, nigdy nie jest za późno.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)