Do niedawna miałem mocne zdanie ,że żołnierz to taki zawód w którym uczy się zabijać i bierze za to pieniądze. Skoro się uczy to musi nabrać praktyki w realu a nie tylko niszczyć Rosomakiem przyrodę w Drawsku Pomorskim czy robić przekręty z mafią paliwową. Lepiej niech się uczy gdzieś daleko a nie w sąsiedztwie najbliższym bo mógłby Mi zrobić krzywdę.
Czyli jak polityk znajdzie mu poligon - to ma jechać i walczyć. Dalej tak uważam.
Przechodzimy do kwestii kluczowej - wybór poligonu przez polityków. Mając z 10 000 zawodowców (nie liczę cywilów w mundurach ) nie można wybierać poligonu zbyt dużego, bo będziemy zmuszeni naciskać na udział w walkach ludzi przymuszonych do tego lub narazimy się na koszty zwiększenia liczby zawodowców - a to drogie i nie do końca potrzebne. Walka na poligonie oprócz doświadczeń w realu powinna przynosić korzyści , bo działamy tam w imieniu Globalnych Sił Dobra , czyli NATO lub USA.
Jest pewne minimum wymagane od uczestników walki z Siłami Zła za które zapłata się nie należy.No bo jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie (w razie czego) Na tym poziomie kończy zaangażowanie większość członków koalicji Sił dobra. Powody zwiększania zaangażowania ponad minimum powinny być zdefiniowane i czytelne nie tylko dla polityków ale i dla ciemnego luda co jest gwarancją ,że nie staną się przedmiotem walki politycznej.
Przekroczenie tego poziomu bez uzasadnienia jest megalomanią i zagraża w przyszłości scenariuszem Hiszpańskim , czyli wycofaniem wojsk i niewywiązywanie się z sojuszniczych obowiązków.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)