ks. Artur Stopka ks. Artur Stopka
186
BLOG

Kościół na codzienność

ks. Artur Stopka ks. Artur Stopka Polityka Obserwuj notkę 5

Właściwie sam nie wiem, czy bardziej mnie martwią czy bardziej mnie drażnią zarzuty, że Kościół jest oderwany od życia, że nie interesuje się tym, czym na co dzień żyją jego wierni i generalnie buja w obłokach. No bo to przecież bez sensu, żeby tak było. Więc jeśli te zarzuty są choć trochę prawdziwe, to trzeba się bardzo martwić. A jeśli nie są prawdziwe, nie ma się co dziwić rozdrażnieniu.

Kościół głosi Ewangelię nie dla samego głoszenia, ale po to, aby była wcielana w życie. Po to, aby ci, którzy ją słyszą i przyjmują, swoją codzienność układali zgodnie z tym, czego nas nauczył Jezus. Dlatego musi interesować się codziennymi problemami swoich wiernych. Dlatego musi wiedzieć, co ich cieszy, a co ich trapi. Z czym mają problemy, z czym sobie radzą. Co ich uszczęśliwia, a co przynosi cierpienie. Musi powiedzieć swoim wiernym, jak w konkretnych warunkach, w realnej sytuacji żyć zgodnie z przykazaniami, od przykazania miłości zaczynając, przez Dekalog, aż po przykazania kościelne. Nie wystarczy przedstawić listy nakazów i zakazów. Trzeba wskazać, jak to zrobić, żeby były one możliwymi do zrealizowania zasadami, a nie spisem wydumanych „pobożnych życzeń”.

Myślę, że Kościół ma obowiązek mówić nie tylko do swoich wiernych, ale także w ich imieniu. Skoro jest wspólnotą, społecznością, to nie może ignorować faktu, że jego członkowie napotykają takie czy inne przeciwności, że nie z ich winy źle im się dzieje. Istnieje przecież wspólnota wiary. Wspólnota, której jedną z zasad jest solidarność. Jeżeli ktoś cierpi, to moim obowiązkiem jako członka tej samej społeczności połączonej wiarą, jest udzielenie pomocy. Tą pomocą bywa również głośne powiedzenie na przykład o krzywdzie i niesprawiedliwości, która dotyka moich współbraci i współsiostry.

Od najmłodszych lat mam doświadczenie Kościoła, który nie tylko przynosi mi nakazy i zakazy, ale również mną się interesuje. Dla którego jestem ważny. Który chce mi pomóc wielkie słowa, które padają z ambony, zamienić w zgodną z wolą Bożą moją skromną osobistą egzystencję. I który, gdy trzeba, potrafi głośno w moim imieniu powiedzieć o moich sprawach.

Kwintesencją tego mojego doświadczenia Kościoła od kilkudziesięciu lat są męskie pielgrzymki do Piekar. Odkąd pamiętam, przychodziłem do Piekar, bo czułem, że jestem tam, w tej wielotysięcznej rzeszy kimś ważnym, kimś, kto się liczy. Być może to głupie, ale odkąd pamiętam, gdy widziałem biskupów wdrapujących się pieszo wśród tłumów na szczyt piekarskiej Kalwarii, miałem poczucie, że oni tak idą również ze względu na mnie.

Nie umiem sobie wyobrazić Kościoła na Śląsku, mojego Kościoła, bez corocznej męskiej pielgrzymki do Piekar. I bez tego potężnego śpiewu

„Matko Piekarska, Opiekunko sławna,

Orędowniczko wszelkich łask,

co nam cudami słyniesz z dawien dawna,

przyodziewając kraj nasz w blask,

Ciebie dziecięcym sercem błagamy:

weź pod opiekę zbożny nasz lud, l

epszej od Ciebie matki nie mamy,

co by w błękity wiodła nas cnót”.

Jeden ksiądz z drugiego końca Polski, gdy mu opowiadałem o piekarskich pielgrzymkach, kręcił z niedowierzaniem głową. „Jak to możliwe, żeby tylu facetów przyszło naraz na Mszę?” – dumał. W końcu uśmiechnął się odkrywczo i oświadczył: „No tak, tam na nich czeka zatroskana, kochająca kobieta. Jak wy to mówicie? Śląska Gospodyni, tak?”. Tekst wygłoszony na antenie Radia eM

Dziennikarz, który został księdzem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka