Jeszcze tydzień wcześniej miałem małe nadzieje na sukces Donka, a prawie żadnych na sukces Kimiego. Stawiałem trochę na Alonso, który miał większe szanse na zwycięstwo z pyszałkowatym FIAmiltonem, ale przez lata kibicowania Schumacherowi jakoś zżyłem się z Ferrari i w głębi serca liczyłem na cud i zwycięstwo Raikkonena. Przyznam się, że kiedy Hamilton wcisnął zły guzik na kierownicy i prawie stanął na torze, zacząłem wywijać pięścią w powietrzu i krzyczeć "Bóg istnieje!!!" - bo naprawdę, to chyba sam Jahwe zeskoczył na chwilę z chmurki żeby spieprzyć Lewisowi samochód i zrobić sobie dobry PR, karząc oszustów z McLarena. Do końca wyścigu siedziałem na krańcu krzesła, nie wierząc własnym oczom i oczekując, że zaraz stanie się coś strasznego, że Kimiemu zepsuje się samochód - ale nic z tych rzeczy.
Gdy jeden cud już się zdarzył, zacząłem być niemal pewny drugiego - czyli zwycięstwa Platformy Obywatelskiej w wyborach. To był po prostu dzień, w którym Siły Zła przegrywały. I kiedy usłyszałem w radio wynik - bo nie mogłem niestety czekać na słupki w TV - muszę się przyznać, że znów przez długą chwilę zachowywałem się nieracjonalnie i frenetycznie. To nie było zwycięstwo, to wbicie przeciwnika w deski.
Muszę odszczekać wszystkie moje krytyczne uwagi wobec Donka. To on miał rację, że doprowadził do wcześniejszych wyborów zamiast robić rząd techniczny z LPR i Samoobroną. Mimo wiedzy o tym, że większość mediów jest proPISowska a policja i służby specjalne stały się narzędziem walki politycznej. Ja i zdecydowana większość komentatorów, czy to blogowych czy gazetowych czy telewizyjnych - my wszyscy myliliśmy się, a Donek miał rację. Tak właśnie należało zrobić, do końca kierując się zasadami, nie ulegając pociągającej wizji szybkiej zemsty na PISie. I to mając w pamięci porażkę sprzed dwóch lat! Gdy wszyscy wokół mówili: Tusk to mięczak, znowu przegra, popełnił straszny błąd, nie ma szans - on twardo obstawał przy swoim i to oznacza ni mniej ni więcej tylko tyle, że ma jaja ze stali.
Teraz marzy mi się, że PIS rozpadnie się i powoli zmarginalizuje, wypełniając lukę po LPR, bo wielu tam niezadowolonych z gęby agresywnych półgłówków, jaką przyprawił im Jarosław K., a z drugiej strony cieszyłbym się, gdyby Partia Demokratyczna uciekła z bezsensownego sojuszu z SLD i poparła rząd PO, być może pracując na swoje ponowne zaistnienie na scenie politycznej. Mało to prawdopodobne, ale w polityce jak w Formule 1. Jest takie stare przysłowie dotyczące tego ostatniego: in F1 anything can happen, and it usually does.
Oczywiście Polacy mają krótką pamięć i szybko się zniechęcają, a gdy przyjdzie nieuchronna recesja będą wskazywać Tuska jako winnego. Jednak tej jednej niedzieli cudów, gdy Kimi wygrał z imperium FIA i McLarena a w Polsce partia gospodarczo liberalna wygrała z socjalistami - nie będzie łatwo zapomnieć.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)