Jedną z wielu dyskusji, jaką wywołała smoleńska katastrofa, była refleksja nad możliwościami narodowej zgody i zaprzestania gorszących nas sporów. Przez chwilę niejedni myśleli, że wszyscy jak jeden mąż, będziemy stanowili spójnię, jednomyślnie teraz pojednaną. Wszyscy jednocześnie z nadzieją oczekiwali pojawienia się consensusu.
Niestety zrazu niepewnie, potem coraz śmielej w tej narodowej harmonii, zaczęły pojawiać się ryski, wyłomy, a na końcu pokaźne pęknięcia, z których natychmiast zaczęły ulatywać nasze odwieczne antagonizmy, tarcia i waśnie. Dla wielu były to doświadczenia bolesne. Kilku drogich mi blogerów widząc stare zatargi toczone teraz ze zdwojoną siłą zapłaciło za sytuację osobistą cenę. Ja sam wobec waśni wokół żałoby przyjąłem postawę sceptyczną w tym sensie, że po pierwsze od początku wiedziałem, iż żadnej zgody nie będzie, po drugie, jednogłośność społeczeństwa jest utopią, czasem szlachetną, czasem zaś niebezpieczną ( np. ideologie i państwa totalne). Zresztą consensus nie oznacza wcale zgody powszechnej, a już szczególnie zgody budowanej pod dyktando jednej ze stron. Bo wraz z upływającą żałobą coraz silniej dawało się wyczuć takie próby przeciągania liny na swoją stronę między "salonem" i "antysalonem". Z czasem przerodziło się to w podskórnie toczoną, niewypowiedzianą walkę, której towarzyszyły jawnej już transparenty.
„Consensus w społeczeństwie demokratycznym nie oznacza wszelkiego rodzaju zgody. Współcześnie słowo to bywa często używane właśnie w sensie zgoda, porozumienie... Consensus jest jednak pewną wersją zgody powszechnej, ale wersją dość szczególną. O tego rodzaju zgodzie powszechnej mówimy wtedy, kiedy dotyczy ona tylko i wyłącznie kilku najważniejszych spraw z zakresu funkcjonowania państwa. Consensus to zatem zgoda powszechna na ogólny kierunek polityki zagranicznej, na przestrzeganie zasad demokratycznego ustroju, na nienarażanie państwa na poważne wstrząsy społeczne, na najbardziej ogólne zasady polityki gospodarczej i – zależnie od okoliczności - na kilka, co najwyżej, innych spraw... Consensus wszelako – należy o tym pamiętać – nie ma nic wspólnego z jednością (polityczną, narodową, moralną itp.)"Marcin Król "Słownik Demokracji” wyd. PAVO 1991 r. Właśnie Consensus nie wymaga wyznawania jednej ideologii, czy wiary w jedną słuszną opinię, konieczna jest tutaj natomiast dobra wola i chęć wyciągnięcia ręki do drugiej strony, czego niestety u nas nie było, lub było dwa dni. W consensusie jedni nie muszą przyjmować argumentów drugich. Tutaj wystarczy by na chwilę zapomnieć o tym co dzieli, lub przełamać własne stereotypowe myślenie na rzecz większego dobra.
Wielu wrażliwszych Polaków twierdziło, że w obliczu tej ogromnej narodowej katastrofy consensus się nam wszystkim po prostu należy. Jednak każdy średnio interesujący się naszym życiem publicznym obserwator wie, że consensus w Polsce jest trudny do osiągnięcia lub wręcz niemożliwy nawet w tych kilku podstawowych sprawach dotyczących naszego państwa, jak chce tego definicja. Dlaczego tak sie dzieje?
Otóż symbolem narodzin i mitem założycielskim III RP jest gruba kreska. I kreska ta dokładnie dzieli nasze społeczeństwo na pół. Wszelkie dalsze podziały nie pozwalające nam dojść do podstawowej nawet zgody, mają swoje bliższe lub dalsze konsekwencje w tym właśnie wydarzeniu. Pogrzeb pary prezydenckiej nie był niczym innym jak kontynuacją lub nowym rozdaniem tej samej gry. Przeciwnicy grubej kreski byli za tygodniową żałobą i pochówkiem na Wawelu, zwolennicy na odwrót (z grubsza). Gruba kreska tak zawładnęła politycznym myśleniem Polaków, że rozdęta jest obecnie do rozmiarów Rowu Mariańskiego, którego żaden consensus nie jest w stanie zasypać.
Spotyka się oto przykładowo dwóch Polaków. I w czasie rozmowy następuje moment, kiedy rozmówcy konkludują, aha on mówi „Gazetą Wyborczą” bądź „Polityką”, nie leży mu więc na sercu polska (narodowa) racja stanu, woli mgliste pojęcie "Europejczyka". O patriotyzmie z nim nie ma co mówić bo jest w tej materii dyletantem, o PIS nawet nie wspomnę bo wszystko dobre co zrobili dla Polski z mety zaneguje, chwalić za to zacznie poczynania rządów PO. Ja jestem za silnym państwem on za słabym, ja choroby toczące naszą politykę i gospodarkę widzę w braku gruntownej lustracji i grubej kresce, a on w naszej tożsamości, którą nazywa zaściankiem. W kwestii Unii Europejskiej też się nie zgodzimy, bo mi ją zaraz zacznie chwalić pod niebiosa, bez krzty krytycyzmu. Będzie przekonywał o potrzebie pojednania z sąsiadami i puszczeniu w niepamięć naszych krzywd. Wawel go oburza.
Stojący po drugiej stronie barykady rozmówca z zażenowaniem stwierdzi to samo tylko w drugą stronę "on jest przecież pasem transmisyjnym PIS lub co gorsza Naszego Dziennika !", więc nie ma co poruszać tematów Unii bo wcale jej nie rozumie i tylko potrafi ją krytykować. Zacznie mi jeszcze udowadniać, że polska polityka zagraniczna prowadzana jest teraz na kolanach i polega na wypełnianiu rozkazów Niemiec i Francji, USA i Rosji, i będzie przekonywał, że najlepiej była prowadzona za PIS, co ja z kolei uważam za koszmar i wstyd dla naszego kraju. Spraw krajowych też nie chcę z nim poruszać bo zaraz usłyszę stare hasła o zdradzie i sprzedaży ojczyzny, michnikowszczyźnie i grzechu pierworodnym III RP - grubej kresce. Zamiast myśleć o modernizacji i unowocześnianiu kraju, on ciągle żyje rozdrapywaniem ran i mesjanizmem w czym utwierdza go Kościół.
Itd..., itp..., końca nie widać
Nietrudno dojść do wniosku, że punktów stycznych, gdzie można normalnie porozmawiać i dojść do consensusu jest niewiele, ponieważ jak się zacznie dalej wgłębiać w materię, niechybnie natrafi się w końcu na mur nie do przebicia – grubą kreskę i uwłaszczenie nomenklatury a w gospodarce plan Balcerowicza.
I tak zamiast consensusu mamy świat osobnych monad, żyjących we własnym autonomicznym świecie, mających własne systemy wartości i drogie sobie symbole. Ożywione dyskusje, polemiki i nowatorskie pomysły powstają zazwyczaj w obrębie własnej monady. No bo szukanie consensusu z drugą monadą nie ma sensu. Przecież się nie porozumiemy, za to obie monady na takiej kolizji stracą sporo energii puszczonej w próżnię. Nie znaczy to wcale by drugą stroną się nie interesować. Nie, trzeba ich bacznie obserwować i wyglądać ewentualnego potknięcia czy lapsusa, wtedy wypada, ba nawet trzeba przeciwną monadę pokąsać i trochę na nią powarczeć. Tak dla równowagi i higieny psychicznej. I jak w takich warunkach myśleć o consensusie ...
Nie mamy ochoty na consensus, gdyż wzajemnie się nie bardzo szanujemy i żadne z nas nie ma przekonania, że odniesie jakąkolwiek korzyść, przyginając trochę karku dla tej drugiej strony. Panuje tutaj raczej przeświadczenie, że nikt nie będzie rzucał swoich pereł przed wieprze. A jeśli już, to tak owszem, ale consensus na naszych warunkach i wedle naszej wersji. Niestety jest to opaczne definiowanie tego słowa na własny użytek. Kto go częściej nadużywa "salon" czy "antysalon"? Tutaj zdania są - a jakże! – podzielone na pół zależą już od grubokreskowej proweniencji.
Narodowa tragedia była idealną okazją (jeśli można tak powiedzieć w obliczu okoliczności), by zaistniał u nas wreszcie consensus. W całym bólu i nieszczęściu mieliśmy w końcu szansę na niesamowity precedens polsko – polskiego pojednania. Jednak consensus nie zaistniał po pierwsze dlatego, że nie zrobiliśmy mu miejsca, po drugie dlatego, że za wiele od niego spodziewaliśmy się i po trzecie, za dużo wymagaliśmy od drugiej strony, kimkolwiek by była.
Ps. Wtej grubokreskowej wojnie wszyscy przypominamy bulimików. Przejadło nam się to już, rzygamy już tym sporem, ale nie możemy przestać go spożywać. Jemy więc tą przeterminowaną i po tysiąckroć ochydnie odgrzewaną potrawę, wiedząc, że nie wzmocni nas ona jak normalny pokarm, tylko wyleci z nas i zapaskudzi innych.


Komentarze
Pokaż komentarze