Obecnie na lewej stronie sceny politycznej dzieją się bardzo ciekawe rzeczy. Wraz z niewypałem konserwatywnego oblicza Komorowskiego i sukcesem Napieralskiego w trwającej kampanii a także dobiciem targu między Aleksandrem Kwaśniewskim i Donaldem Tuskiem, sprawy nabierają znacznego przyspieszenia.
Kto wie czy akurat teraz nie jesteśmy świadkami tworzenia się nowej liberalno-lewicowej formacji, która na wiele lat zdominuje obszar od centrum w lewo. Fakt, że to dopiero taka umowa przedwstępna, ale pewne wyraźne ruchy zostały już poczynione.
Ma to tym większe znaczenie, że mamy teraz w Polsce do czynienia jednocześnie i niezaprzeczalną potrzebą posiadania własnej reprezentacji parlamentarnej przez ludzi o lewicowych poglądach i permanentny brak takiej reprezentacji z prawdziwego zdarzenia. A zapotrzebowanie wraz z upływem czasu będzie coraz większe. Sprzyja temu przede wszystkim sytuacja zewnętrzna, choć trudne warunki socjalne wielu Polaków też nie są bez znaczenia. Polska na wzór społeczeństw starej piętnastki staje się coraz bardziej zsekularyzowana i obyczajowo liberalna. Dochodzi do tego trudna sytuacja na rynku pracy, poczucie wyalienowania i osamotnienia całych grup społecznych oraz przeświadczenie ludzi, że państwo się nimi wcale nie interesuje. To stwarza ogromną szansę do zaistnienia prawdziwego, czy też w końcu normalnego ugrupowania lewicowego. Skoro zaś jest popyt, to znajdzie się i podaż.
To napięcie spowodowane ogromnym potencjałem wyborczym, który jest do zagarnięcia czuć już niemal w powietrzu. Atmosfera na lewicy zagęszcza się coraz bardziej. Coraz więcej polityków z rosnącym pożądaniem chce jako pierwsi sięgnąć po to wyborcze złote runo. Jednakże ten lewicowy tort, który jest do podziału mimo, że ogromny, nie jest nieograniczony. A politycznych rąk chcących go skonsumować jest całkiem sporo. Toteż odbywają się na lewicy takie podskórne ruchy tektoniczne. Jest giełda nazwisk, próby sił, przepychanki i prężenie muskułów. Ta rozgrywka bowiem toczy się nie tylko o symboliczny rząd dusz, ale też o całkiem realną władzę na lewej stronie na kilka kolejnych kadencji.
Układ sił wśród tych najbardziej liczących się wygląda mniej więcej. tak. Silna grupa lewicy liberalnej, tzw. salonowej, chcącej uchodzić za nowoczesną i europejską, wywodzącą się jednakże z PZPR. Symbolem tej grupy jest Aleksander Kwaśniewski. Jest licząca się grupa ideowców z Krytyki Politycznej, która posiada ogromne zaplecze intelektualne i coraz większe uznanie salonowych elit, jednakże nie ma własnej partii i reprezentacji parlamentarnej. Kolejna grupa to lewica platformiana, tzn. lewe skrzydło Platformy Obywatelskiej. Coraz odważniej wychodzącej z ukrycia i nabierającej coraz większego znaczenia. Symbolem tej frakcji jest Janusz Palikot. Jest też Grzegorz Napieralski z tonącym SLD. I na końcu Stronnictwo Demokratyczne, bezbarwne i osamotnione, które w tych wyborach dało poparcie porządnemu choć równie bezbarwnemu Andrzejowi Olechowskiemu.
Jeśli chodzi o Kwaśniewskiego i jego grupę, to dochodząc on do porozumienia w sprawie Marka Belki z PO, dokonał na lewicy nowego otwarcia. Instalując Belkę na stanowisku szefa NBP po raz kolejny pokazał, że na lewicy nie jest tylko symbolem spajającym, ale aktywnym graczem, który ciągle rozdaje karty. Fakt, że PO rozważając od jakiegoś czasu pewną formę współpracy z lewicą, podała rękę właśnie jemu sprawia, że pozycja Kwaśniewskiego na lewicy stała się niepodważalna. Sam profesor Belka z kolei stał się belką łączącą postkomunistycznych liberałów (tzw. Ordynacka) z lewicą postsolidarnościową, wywodzącą się z opozycji. W ten sposób spełnia się sen Palikota, który nigdy nie ukrywał, że PO powinna skręcić o wiele bardziej w lewo.
I w zasadzie posunięciu PO nie ma się co dziwić. Wielu działaczy tak PO jak i SLD odetchnęło z ulgą, ponieważ doszło w końcu do tego, do czego według nich powinno dojść już dawno. Sama PO wchodząc w ten sojusz, będzie w końcu musiała wzmocnić swoją lewą nogę i powoli wygaszać konserwatywne skrzydło. Taka jest nieubłagana logika dominującego modelu systemu partyjnego w Europie. Liberałowie, socjaldemokraci i socjaliści zajmują miejsce od centrum w lewo. Konserwatyści, chadecy, chłopi, monarchiści od centrum w prawo. Ludzie PO i lewica Kwaśniewskiego kulturowo są sobie bardzo bliscy. Podobnie, jeśli nie tak samo postrzegają Unię Europejską, rolę Kościoła w państwie, podobnie zapatrują się na sprawy aborcji, eutanazji i gospodarki. W zasadzie i jedni i drudzy są taką samą lewicą kulturową. By uzmysłowić sobie jak bardzo są sobie bliscy wystarczy spojrzeć na ich młodzieżówki. Młodych polityków obu ugrupowań, którzy lada chwila zdobędą władzę nie różni w zasadzie nic. Gdybyśmy trafili akurat na posiedzenie którejś z nich i nie wiedzieli gdzie jesteśmy łatwo by było pomylić szyldy.
Katalizatorem przyspieszającym skręt PO w lewo była osoba Bronisława Komorowskiego. W momencie kiedy jego konserwatywne oblicze zaczęło wśród wyborców PO wzbudzać sporą konsternację i głośne niezadowolenie, jej kręgi decyzyjne doszły do wniosku, że nie ma sensu wzmacniać dłużej, czy też utrzymywać siłą swoje konserwatywne skrzydło. Okazuje się, że o wiele więcej daje Platformie schlebianie wyborcy lewicowemu niż konserwatywnemu.
Poza tym tak lewicowość postkomunistów jak i liberalizm platformersów jest deklaratywny i koniunkturalny a nie ideowy. A jeśli tak, to mniej ich będzie bolała rezygnacja części swoich przekonań i programu dla dobra wspólnego sojuszu. To zaś oznacza względną trwałość i w miarę stabilną współpracę. I tak jest od zawsze. Pragmatycy z różnych obozów lepiej dogadują się między sobą niż ideowcy. Nie można również pominąć ważnego szczegółu Aleksander Kwaśniewski, Marek Belka i PO są bardzo lubieni przez wielki oligarchiczny biznes. W perspektywie długodystansowej PO wchłonie w końcu umiarkowaną lewicę. Stanie się to za sprawą marginalizacji samych postkomunistów i faktu, że PO przejmie w końcu program lewicy (bez gospodarki).
Sojusz postkomunistycznej liberalnej lewicy z PO nie jest na pewno optymistyczny dla środowiska Krytyki Politycznej, ponieważ daje on spory zastrzyk energii frakcji Kwaśniewskiego. Przedłuży to niechybnie jej żywot o klika ładnych lat i wypełni spore pole na lewicy. Sytuacja KP wygląda więc dzisiaj, jak nie porównując sytuacja Kościoła w pytaniu Stalina „A ile papież ma dywizji?”. Środowisko Sławomira Sierakowskiego również ma niezaprzeczalny rząd dusz sporej części młodych lewicowców i jest autorytetem, nie ma za to swojego „zbrojnego ramienia” w postaci własnej partii i przedstawicieli we władzach. Jednakże świata Stalina już dawno nie ma a Kościół nadal kwitnie. Środowisko KP również ma jeszcze czas na objęcie rządów. Jego członkowie są jeszcze młodzi a czas działa na ich korzyść. Przyjdzie w końcu moment, kiedy dzisiejsi licealiści i studenci dadzą w końcu KP mandat do rządzenia. I będzie to w sumie trochę niewygodny prezent, ponieważ wraz z wejściem do czynnej polityki KP straci swoją niewinność.
Inną sytuację ma Grzegorz Napieralski. Chłopiec do bicia polskiej lewicy i byt samodzielny. Czarny koń obecnych wyborów prezydenckich. Napieralski budzi na lewicy uczucia ambiwalentne. Z jednej strony postrzegany jest jako hamulcowy lewej strony, z drugiej ma odważne hasła i prawdopodobne 10% poparcie w wyborach, które żal zaprzepaścić i pogrzebać. Dlatego sądzę (o czym już pisałem), że prędzej czy później dojdzie do taktycznego sojuszu którejś z lewicowych frakcji z młodym liderem lewicy. Trochę na zasadzie małżeństwa z rozsądku, z panną trudną i kapryśną ale bogatą w wyborcze głosy. Co do samego Sojuszu, to nie ma on przed sobą przyszłości. Zgrał się do cna, program socjalny zagarnął mu PIS a ideologiczny PO.
Na lewej stronie jest jeszcze samotne Stronnictwo Demokratyczne kierowane Pawła Piskorskiego. I osamotnione pewnie pozostanie, gdyż jedni z przyczyn personalnych, inni taktycznych nie mają zamiaru się z nim wiązać. Wielu za to leży na sercu, by SD tak jak do tej pory, nadal wegetowało na marginesie polityki. Stronnictwo Demokratyczne wyznaczyło sobie bardzo ambitną i eksponowaną pozycję centrolewicy. Niestety nikt go do tego eksponowanego stanowiska nie dopuści. Samo zaś nie ma szans by się tam wepchać.
Polska lewica jest teraz w paradoksalnej sytuacji. Niby przeszła oczyszczającą próbę ognia, która zmieniła prawie wszystko.... tylko po to by wszystko zostało po staremu. Te same twarze, nazwiska i te same frakcje tworzą dokonują dzisiaj nowego rozdania. I przynajmniej w tym jesteśmy podobni do Rosji. U nas też musi się wiele zmienić by wszystko zostało po staremu.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)