Włączam TV i widzę młodego, przystojnego, choć nieco już szpakowatego mężczyznę o chłopięcej twarzy szczerzącego zęby w szerokim uśmiechu. Czy to reklama pasty przeciw próchnicy? Nie, to Grzegorz Napieralski kandydat lewicy. Grzegorz Napieralski... A właściwie Grzesiek, Grzesiek brat-łata, specjalnie dla was młodzi wyborcy, nie zakładam krawata.
I znów wielu komentatorów to z zachwytem, to ze strachliwym zaskoczeniem, rozpisuje się o niespodziewanym wyniku Napieralskiego. Jak by ich życie nie nauczyło, że jeden wysoki wynik, niczego w Polsce jeszcze nie gwarantuje. A jeśli już o czymś świadczy, to o wciąż dużej nieświadomości politycznej i nieracjonalności polskiego wyborcy. Jasne, te 14% nie można zlekceważyć i o nich zapomnieć. Ale o czym one świadczą? Można tylko zgadywać i wróżyć z fusów. Ile z dzisiejszych uczonych prognoz zostanie za kilka lat? Tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. Doświadczenie pokazuje, że większość z tych przewidywań będzie za kilka lat funta kłaków warte.
Napieralski w tej kampanii postawił tylko i wyłącznie na wizerunek. Merytorykę i sprawy ideologiczne schował głęboko do szuflady. Zrobił z siebie sympatycznego luzaka i tym zawojował młodych ludzi oraz tych, którzy na co dzień polityką się raczej nie interesują. W przypadku tych właśnie wyborców ideologię mógł zostawić bezpiecznie na boku, ponieważ dla znakomitej większości z nich, ideologia to sprawa prywatna i osobista, której nie powinno się poruszać na forum publicznym bo staje się sprawą śmierdzącą. Dla nich liczy się tylko nowy, nie skalany aferami „ludzki” facet, żyjący jak oni i ich rozumiejący.
Dlatego dobry wynik Napieralskiego to kolos na glinianych nogach. Młodzi i ci, dla których polityka na co dzień jest zupełnie obojętna, zagłosowali po prostu na modela, który ich nie straszył złym światem i pustą kasą państwa, nie truł o powinnościach wobec ojczyzny, nic nie nakazywał, nie zakazywał i nie raził czarnowidztwem. Gawędził za to dużo o życiu, odwiedzał przed zakładem pracy, częstował jabłkami, klepał po ramieniu i bez przerwy się uśmiechał. Problem w tym, że kiedy pojawi się inny, lepszy model, to młodzi i niezdecydowani pójdą za nim a Napieralskiego porzucą bez żalu. Niestety na wizerunek młodego, modnego brata-łaty kandydat SLD wyłączności nie ma i mieć nie będzie.
Młodzi i najmłodsi wyborcy, to chyba najbardziej nieprzewidywalny elektorat. Jest kapryśny i w swych wyborach kieruje się kryteriami, które dla starszego pokolenia mogą być zupełnie niezrozumiałe. Może się zdarzyć, że niczego nieświadomy polityk popełni niewinną gafę, która dla niego i jego rówieśników nic nie znaczy, natomiast wśród młodych zdyskwalifikuje go zupełnie. Wszak jednym z trudniejszych dylematów tej kampanii był wąs Bronisława Komorowskiego. Idę o zakład, że w jego sztabie wiele o nim debatowano, a kto wie czy nie zrobiono po cichu stosownego sondażu skazującego wąsa na zżyletkowanie lub ocalenie. Dla starszego elektoratu rozmowy o nim były co najmniej niezrozumiałe, w przeciwieństwie do młodych, dla których wąs ma wiele znaczeń i odniesień.
Młody wyborca, i ten któremu polityka jest kompletnie obojętna nie czuje absolutnie żadnej lojalności wobec konkretnego polityka. Dziś może mu śpiewać spoty wyborcze, a za cztery lata robić to samo jego śmiertelnemu wrogowi, jak np. Anna Cugier-Kotka. I robi to nie ze złośliwości, on zwyczajnie jest praktyczny do bólu, lub zmienia radykalnie sympatie polityczne bez żadnej żenady.
Wybór Napieralskiego nie był uświadomiony politycznie. Nie stanowił racjonalnie uzasadnionej decyzji. Był odruchem chwili. Głosowanie na niego było po prostu modne tego lata. Ot, taki polityczny hit sezonu. A pamiętać należy, że większość ludzi na niego głosujący jest w wieku, gdzie zauroczenie przechodzi równie szybko jak się zaczyna. W sezonie 2011 modny może być już zupełnie kto inny. Poza tym skuszeni sukcesem Napieralskiego politycy młodego pokolenia rychło pójdą jego drogą. A młody wyborca wybierze tego, który będzie bardziej cool. Na zasadzie castingu modeli.
Wielu z tych 14% poszło głosowało na niego nie tylko dlatego, że właśnie skończyli 18 lat i chcieli zasmakować pierwszego głosowania, ale również dlatego, że tak zrobili ich znajomi. Znamienne, iż do punktów wyborczych młodzi ludzie chodzili na głosowanie grupami. Nie oznacza to wcale, że do wyborów będą już chodzić zawsze, lub będą głosować na tego samego kandydata. Dla wielu z nich rzeczywistość polityczna dopiero się zaczyna, i kiedy dojdą do odpowiedniej wiedzy, mogą skonstatować, że formuła lewicowa im nie odpowiada.
Budowanie poważnych, długofalowych planów politycznych na tak nieprzewidywalnym i niestabilnym elektoracie, jest nieodpowiedzialnością, by nie rzec szaleństwem. Przekuć ten chwilowy odruch wyborczy, w długofalowy sukces pod postacią silnego, licznego i wiernego elektoratu, będzie niezwykle trudno. Przykładem dla młodego lidera lewicy jak szybko i radykalnie zmieniają się sympatie młodych wyborców powinien być londyński przypadek premiera Tuska. W 2007 roku londyńska Polonia nosiła go na rękach, by trzy lata później dać Komorowskiemu żelowego penisa w prezencie. Z kolei wyhodowanie sobie w Polsce wyborcy to karkołomne przedsięwzięcie. Oczywiście Napieralski może sobie tych młodych i niezdecydowanych jednać nadal grając swojaka Grześka, a kontrowersyjne sprawy obyczajowe i zdecydowaną lewicową ideologię wprowadzać tylnymi drzwiami, tak mimochodem, na zasadzie faktów dokonanych. Pomoże mu w tym na pewno duch czasów, który w obszarze aksjologii przyjmuje coraz bardziej lewicowy odcień. Jednak wpuszczanie radykalnych lewicowych postulatów za plecami własnych wyborców, to bardzo ryzykowna gra. Nikt nie lubi być oszukiwany, czy uważany za mało inteligentnego.
Sądzę, że czegoś takiego jak elektorat Napieralskiego jeszcze nie ma. A nawet gdyby istniał to z pewnością nie liczył by on 14% tylko kilka, może niecałe 4%. Bo któż dziś jest świadomym elektoratem tego lidera lewicy? Garstka twardych postkomunistów i Federacja Młodych Socjaldemokratów? Reszta to ci, którzy wyłamali się z około czterdziestoprocentowej grupy, która zazwyczaj do wyborów nie chodzi. I przypuszczam, że do drugiej tury poszli już nieliczni z nich. Specjalnie napisałem „tego” lidera lewicy, ponieważ lewica nie ma dziś jednego przywódcy.
Tak. Oszałamiający sukces Grzegorza Napieralskiego, te 14% to jego prawdziwe zmartwienie. Bo najgorzej jest zdobyć ciężką robotą tak wysokie poparcie, na które potem nie ma recepty, by je utrzymać a nawet zwiększyć. Czas ciężkiej pracy właściwie się dla niego zaczął. Musi teraz znaleźć sposób na utrzymanie elektoratu, którego rekcji przewidzieć się nie da. Czy starczy mu sił i pomysłów? Łaska wyborcy nigdy nie jest dana politykowi raz na zawsze. Łatwo nie będzie. Tym bardziej, że na lewicy jest właściwie sam. Splendor przypada Sławomirowi Sierakowskiemu, śmietanka grupie Kwaśniewskiego. Jemu zostało działanie na pogorzelisku po dawnej świetności SLD.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)