(Tym razem zachęcam do lektury najnowszego tekstu Łukasza)
Książki Philipa K. Dicka tworzą jeden z najdłuższych szeregów w mojej biblioteczce. Pozornie to tylko science-fiction, raczej rozprawy filozoficzne czy też teologiczne zgłębiające teorię poznania. Zdaję sobie sprawę, że dosyć ryzykownym jest stawiać Dicka obok Kartezjusza i Kanta, jednak to właśnie dzięki temu zestawieniu, którego dokonał Jan J. Franczak w swoim artykule “Myślę, więc jestem?”, w ogóle odkryłem tego autora.
Wspomniany artykuł ukazał się przed kilkoma laty we Frondzie (nr 34), pośród innych poruszających tematy mistycyzmu i relacji z Bogiem w prozie Dicka. Kim on jest, u licha? – pomyślałem. Umówmy się, tytuły takie jak Druciarz Galaktyki czy Słoneczna Loteria na pierwszy rzut oka nie sugerują, że autor wyszedł ze swoją twórczością poza literaturę rozrywkową, którą czytamy w czasie podróży pociągiem lub autobusem.
Z Dickiem jest inaczej. Zaczął tworzyć w latach 50-tych zeszłego stulecia powieści realistyczne, których na szczęście nikt nie czytał. Fiasko na tym polu dało impuls do przerzucenia się na science-fiction, w którym więcej chyba dystansu do fiction, a już na pewno traktowanie z lekka science.
Kim jestem? Czy istnieję? Czy świat wokół mnie jest rzeczywisty? To pytania obecne w całej prozie Dicka, choć często ukryte pod płaszczem pozornie infantylnej tematyki czy kosmiczno-rozrywkowej fabuły. W sam raz na bezsenność listopadowej nocy.
Takiej właśnie nocy sięgnąłem po raz kolejny do jego najbardziej znanej powieści – do Ubika...
(Całość tekstu znajduje się tutaj: http://www.kuchniahistoryczna.pl/boze-inwazje-philipa-k-dicka/)
Zapraszam także do wizyty na facebooku:
http://www.facebook.com/pages/Kuchnia-historyczna/237199766330069?sk=wall




Komentarze
Pokaż komentarze (3)