Dotarcie do sedna sprawy dotyczącej ontologicznego i poznawczego statusu pogranicza wymaga dłuższego wstępu. Przyzwyczailiśmy się myśleć o świecie w terminach centrów i peryferii. W takim świecie granice i okalające je pogranicza oddzielają dwa różne pod jakimiś względami światy. Dziś głównym wyznacznikiem naszego myślenia przestrzennego są granice polityczne. Mówiąc jeszcze inaczej, granice jednostek politycznych, jakimi są państwa, bardzo intensywnie kształtują nasze współczesne wyobrażenie świata, często przedstawianego w postaci kolorowych plam na mapie. Trzeba jednak zapytać, czymże innym są takie granice, jak nie jedynie arbitralnie wyznaczonymi liniami w ciągłej przestrzeni?
Pojęcie granicy, choć rzecz jasna nie zostało wymyślone w czasach nowożytnych, we współczesnym rozumieniu jest tworem o pochodzeniu europejskim i przede wszystkim kojarzonym z przestrzenią. Już w 1928 roku na przykładzie Francji historyk Lucien Fèbvre pokazywał, jak ewoluowało rozumienie terminu frontière i w jakim stopniu zastąpiło ono dawniejszy termin limite. W średniowiecznym rozumieniu to drugie oznacza strefę przejściową. Dopiero skrupulatniejsze dookreślanie terytoriów na mapie świata doprowadziło do ukształtowania się pojęcia frontière. Wiązało się ono z budową fortyfikacji, sprawowaniem kontroli nad społeczeństwem zamieszkującym określony obszar, wreszcie – konstruowaniem jego tożsamości różniącej się od tożsamości sąsiednich grup. Rozciąganie kontroli prawnej, militarnej, gospodarczej i administracyjnej zbiegało się w czasie z kształtowaniem się imperiów i państw. Przedmiotem ich szczególnej troski było utrzymywanie granic i ich strzeżenie. Jego późniejszą konsekwencją stała się kontrola populacji i stąd np. pomysł wprowadzenia paszportów i wiz. Nie zapominajmy, że do początku XX wieku można się było poruszać po świecie bez tych dokumentów i że nie istniała armia urzędników sprawująca kontrolę nad przemieszczającymi się ludźmi (od „uczonych” zajmujących się jakże rasistowskim w swej istocie profilowaniem cudzoziemców, przez narodowe służby graniczne, po sławetny Frontex).
Mentalne krzepnięcie pojęcia granicy politycznej zbiegło się w czasie z powstaniem państw narodowych. Ożywienie debaty na temat granic zbiega się z kolei z intensyfikacją globalizacji w swej najnowocześniejszej postaci, której początki sięgają epoki odkryć geograficznych i kolonizacji. Zauważmy, że także kolonizacja przyczyniała się do obsesji terytorialnej i wyznaczania zasięgu mocarstw. Refleksja nad obecną formą globalizacji prowadzi do kolejnej „gorączki granicy” – tym razem poniekąd odwrotnej od powyżej opisanej – zapoczątkowanej mniej więcej dwa stulecia temu. Jej neoliberalna fala prowadzi do podważenia absolutnej wartości państwa narodowego i jego granic. Wyrazem tego są ukute na tę okoliczność terminy, takie jak transnarodowość, hybrydowość, transgraniczność, wielokulturowość, przepływ towarów, symboli, wartości i ludzi, w tym „wszelkiej maści terrorystów”. Można odnieść wrażenie, że ponowoczesny świat budzi „panikę reterytorializacyjną”. Z jednej strony mamy zatem do czynienia z zanikaniem znaczenia granic (państwowych), ich destabilizacją pojęciową i faktyczną, spowodowaną działalnością ponadnarodowych korporacji, wolnym handlem, rzeczywistym przepływem kapitału lub powstaniem ponadnarodowych tworów polityczno-prawnych w rodzaju Unii Europejskiej z jej strefą Schengen. Z drugiej strony, związana z tymi procesami fala migracji wzbudza strach i chęć utrzymania bezpiecznych granic państwa lub też tworów ponadpaństwowych, co doprowadziło do ukucia pojęcia „twierdza Europa”. To m.in. właśnie w odpowiedzi na tego typu sprzeczne zjawiska pojawia się zainteresowanie badaczy i zapotrzebowanie polityczno-społeczne na studia pograniczy.
Historyczna perspektywa ukształtowania się nowożytnego pojęcia i aktów wyznaczania granic określonych jednostek politycznych w przestrzeni fizycznej, któremu towarzyszy cała gama aktów symbolicznych (tablice, strażnicy, barierki, flagi), ułatwia nam bardziej krytyczne spojrzenie na granicę jako na wytwór człowieka, a zarazem wyobrażenie przestrzeni jako zorganizowanego układu rzeczy, ludzi oraz cech społecznych, ekonomicznych i kulturowych.
Zacznijmy od sprawy pogranicza jako granicy dwóch polityczno-ekonomiczno-kulturowych terytoriów, najczęściej określonych granicami państwa. Wpisując się w taki sposób rozumowania, powołuje się do życia, a przez to mityzuje i esencjalizuje nieuchronnie pojęcia centrów i peryferii, a przy okazji także samego pogranicza. Wyobrażamy sobie dwa izolowane światy, na granicy których stykają się dwie różne kultury; światy kultur etnicznych czy narodowych, w których im bliżej granicy, tym bardziej elementy pochodzące z ich rdzeni ulegają stopniowemu rozrzedzeniu, ale i przemieszaniu z innymi elementami. Pogranicze widziane z odwrotnej perspektywy nie jest już jednak takim zespołem stykających się różnych całości. Stanowi ono przestrzeń równie funkcjonalną, jak każda inna. Widziane w takiej perspektywie pogranicze traci swą wyjątkowość i stanowi pewien konglomerat cech, czy to obiektywnych, czy subiektywnych, podobnych do każdego innego obszaru, jakkolwiek arbitralnie wyznaczonego. Przewrotnie mówiąc, niejako w Derridiańskim duchu odwrócenia hierarchii, spróbujmy spojrzeć na pogranicze jak na centrum, a na inne obszary jak na peryferie.
To pewien eksperyment myślowy, choć nie tylko. Spojrzenie na przestrzeń uwolnioną z kleszczy myślenia państwa narodowego – jako organizującego wszelką rzeczywistość – zbiega się ze wspomnianymi powyżej ponowoczesnymi procesami ponarodowymi. Wizja świata kłączy, powiązań, nakładających się stref i przeplatających wpływów, hybryd, podobieństw rodzinnych, macierzy i klasterów przystaje do globalnego i liberalnego kapitalizmu bardziej niż świat przypominający obrazy Modiglianiego. Przyzwyczajeni do tego ostatniego możemy panicznie reagować na powrót świata z obrazów Kokoschki (to oczywiście metafory Gellnera), lecz choć jedne granice zanikają, inne powstają lub mają się dobrze.
Państwo narodowe, jakim jest na przykład Polska, ma rzecz jasna wciąż swą moc oddziaływania i kształtowania rzeczywistości, w tym myślenia przestrzennego i działania w jego ramach. Myśląc w terminach tego myślenia, możemy nadal mówić o centrach i peryferiach. Warto jednak na nie spojrzeć z innej, proponowanej tu perspektywy, a przynajmniej spojrzeć na nie w szerszym kontekście i widzieć, na przykład, pogranicze zachodnie naszego kraju jako przedłużenie wschodniego pogranicza Niemiec. Razem tworzą pewną ciągłość i całość, wobec których inne tereny dalej na wschód i zachód od Odry stanowią odmienną jakość. To nacjonalizm poznawczy każe spoglądać na nie jako na peryferie, zaś na obszary środkowej Polski, w szczególności Warszawy, jako na centra. Z perspektywy ludzi pogranicza może być na odwrót. Ludzie tam mieszkający ciążyć też mogą ku innym centrom, niż można w duchu narodowym by mniemać (np. ku Berlinowi); nie muszą wcale się czuć prowincjuszami ani ubogimi krewnymi (np. na Śląsku Cieszyńskim). Nacjonalizm światopoglądowy nakazuje centrum widzieć w stolicy i stąd może gros wiadomości dotyczy wydarzeń tam właśnie mających miejsce. Stąd też pochodzą wszyscy „eksperci”, których świat ogranicza się często do pejzażu niesięgającego dalej niż widok z Pałacu Kultury. Sprawy centrum uznawane są za sprawy wszystkich. Zcentralizowane państwo kolonizuje wyobraźnię zbiorową i w efekcie wszystko, co istotne dla funkcjonowania państwa, mieści się w owym wąsko rozumianym centrum – od niemal wszystkich bez wyjątku urzędów centralnych, przez wszelkie instytucje „narodowe”, po „narodowe” stadiony, centra nauki i media. A można (vide koncepcja państwa federalnego) i dla dobra wszystkich uważam, że trzeba inaczej.
* Michał Buchowski, profesor antropologii społecznej.
** Tekst ukazał się w Kulturze Liberalnej z 6 grudnia 2011 r. (nr 152) w ramach Tematu Tygodnia Wymyślanie granic. Więcej tekstów - Tomasza Zaryckiego, Thomasa Lundena i Ingi Iwasiów -CZYTAJ TUTAJ


Komentarze
Pokaż komentarze