13 obserwujących
84 notki
62k odsłony
  1392   0

Polska broń nuklearna.

 

A czy potrafimy sami stworzyć armię zdolną do pokonania Rosji? Rzecz brzmi fantastycznie. Armia III RP stoi na gównie, kradzieży, niekompetencji i mafijności. Korpus dowódczy odziedziczyliśmy po LWP - ludzi bez moralności i bez talentu, wychowanych przez moskiewskie akademie klęczenia przed KPZR. Tych których wychowaliśmy sobie sami straciliśmy w Smoleńsku. Polska armia to jeden wielki szaber w który uwikłane są nawet tak elitarne formacje jak Grom. Celem jej istnienia jest w tej chwili właściwie wyłącznie robienie przewałów na magazynach i kontraktach. Właśnie szykowana jest kolejna gigantyczna “tarcza finansowa” dla Bumaru z którym osobiste związki ma namiestnik moskiewski, prezydent K. Załóżmy że dochodzi do cudu i że Polska trafia pod rządy utalentowanego przywódcy (nie mam tu wcale  na myśli Jarosława Kaczyńskiego) który głową armii czyni sprawnego manadżera. Ten manadżer ma z kolei wystarczającą siłę przebicia żeby wyrzucić z pracy właściwie całą generalicję i starszą kadrę dowódczą, większość oficerów (mowa o kilkudziesięciu tysiącach ludzi razem z podległymi parasytami, sitwami i koteriami), awansować ludzi doświadczonych na misjach zagranicznych, być może część oficerów po prostu importować z innych krajów (Polska już bywała w takich sytuacjach). Polska armia jest obecnie mniej liczna, gorzej wyposażona, gorzej opłacana i gorzej wyszkolona niż armia Szwajcarii kosztując więcej. Nie “więcej” w kategoriach procenta PKB, ale więcej w twardej walucie. Załóżmy że cudem przerabiamy Polskę w Szwajcarię, mamy silną, sprawną armię, mamy kilka milionów przeszkolonych w obronie terytorialnej i dywersji poborowych/partyzantów. Szkolimy Gruzinów czy Czeczenów w walce partyzanckiej, w sabotażu, w zwalczaniu Rosjan na terenie własnym i cudzym. Czy to byłoby wystarczającą przeszkodą dla Rosji? Być może...

 

Czy ktoś jednak wierzy że to możliwe? Tak serio?

 

Co jeszcze Kora Północna może zrobić zanim doigra się interwencji zbrojnej? Hmm... właściwie wszystko. Samo podejrzenie że posiada broń nuklearną oznacza że jest traktowana z maksymalną ostrożnością i niemal uniżonością. Desanty komandosów mordujących obywateli Korei Południowej? No problem. Ataki na cywilne jednostki pływające? Sure, fine! Porywanie amerykańskich obywateli i grożenie im śmiercią albo dożywotnim więzieniem? Carry on! To ważna lekcja.

 

Uzyskanie przez Polskę broni nuklearnej technologicznie nie jest niemożliwe, nie jest nawet bardzo trudne. Ale wymaga przyzwolenia USA, bez tego sprawa jest rozpaczliwa. Musimy wykorzystać komputery które sprzedano nam pod warunkiem że nie będziemy ich używać w celu opracowywania właśnie tej broni. Potrzebujemy rafinowanych uranidów, które możemy uzyskać niemal wyłącznie od sojuszników USA. Nie zrobimy sami bomby A od zera, ale możemy ją poskładać z części, a te części są dostępne na rynku po uzyskaniu imprimatur Stanów Zjednoczonych albo Rosji. O Rosji w ogóle nie ma mowy, więc...

 

Czy Stany Zjednoczone by się na to zgodziły? Nie wiem. Rzecz zależy od wyboru momentu i od przekonania USA że leży to w ich interesie. Niemal każdy nowy prezydent USA w pierwszej kadencji wyrusza do Moskwy z tęczą w oczach, szerokim i głupawym uśmiechem, ręką wyciągniętą tak daleko w przód że wyłamuje mu stawy i gorącym pragnieniem Odprężenia. Słowem - żywa reklama Menthosa. W Moskwie zostaje oczarowany i zorientowanie się że chciał cudownej nocy a skończyło się chorobą weneryczną i brakiem portfela zajmuje mu kolejne 3-4 lata. To jest właściwy moment na takie rozmowy. Sytuacja, niedługo po początku drugiej kadencji (tuż przed końcem pierwszej nikt tak ważnych decyzji nie podejmie, to musi być tuż po wyborach), w której prezydent zdaje sobie w końcu sprawę z tego kim i czym jest Rosja i jakie postępowanie wobec niej działa a jakie nie. Rzecz w tym że umieszczenie bomby A na granicy Rosji a przy tym bomby będącej niezależną od samych Stanów Zjednoczonych (co oznacza że USA nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności politycznej) jest dla nich bardzo korzystne. Sama w sobie stawia potężną tamę rosyjskiej ekspansji terytorialnej, wbija twardy klin w jakiekolwiek współczesne układy Ribbentrop-Mołotow i w dużej mierze wywraca stolik na którym trwa poker EU, organizacji generalnie USA wrogiej. Dzieje się to właściwie bez żadnego ryzyka z punktu widzenia samych USA. Opracowanie sposobów uderzenia w Amerykanów jest nam dokładnie po nic, nie mamy też absolutnie żadnego interesu w podrzucaniu tej bomby wrogom Stanów Zjednoczonych. Amerykanie nie muszą nam nic sami dawać, wystarczy że zablokują wszelkie kroki ONZ wobec nas i że wyrażając publicznie oburzonko, rzeczywiście dadzą nam swoją zgodę. Nie jest też bezprzytomne założenie że moglibyśmy znaleźć chętne ucho w Chinach. Dla Chin pojawienie się bomby A po przeciwnej stronie Rosji jest korzystne jak cholera, rozdzierając na dwie strony uwagę coraz bardziej wrogiego im państwa (sprawa Syberii). Nawet krok tak agresywny jak “tak, sprzedaliśmy im cały gotowy system i co nam zrobicie?” byłby z punktu widzenia Chin bardzo korzystny, bo zademonstrowałby wszystkim że faktycznie nic Chinom zrobić nie można i gra toczy się według ich reguł. Bardzo podobny w wymowie był numer z embargiem na sprzedaż rzadkich metali, co polska prasa zajęta tym w jaki to kolejny sposób Kaczyński znowu zniszczył swoje szanse na cośtam zignorowała całkowicie, a co wzbudziło absolutną panikę na zachodzie.. Warto zdać sobie sprawę że Chiny utrzymują KRLD nie tylko jako straszak wobec USA/Korei Południowej ale również jako straszak wobec Rosji. Być może musielibyśmy wybierać między załatwianiem sprawy poprzez Chiny albo poprzez USA, ale sam fakt istnienia przed nami tego wyboru byłby dodatkowym argumentem w negocjacjach. Wspólny język można by też próbować znaleźć z Izraelem. Możliwości są, jak najbardziej. Potrzebna jest wola polityczna i realizm konieczny do zdania sobie sprawy że inny sposób samodzielnej obrony właściwie nie istnieje.

 

Nie traktuję powyższych słów jako Prawdy Objawionej, sam nie jestem do końca tego kursu pewien. Rzecz w tym że w tej chwili przyszłość Europy jest jedną wielką niewiadomą. Nadchodzi wir który wymiesza wszystko i którego skutków po prostu nie da się przewidzieć. Jeśli będziemy musieli walczyć to na ilu frontach? Czy będziemy wówczas w ogóle mieli społeczeństwo zdolne do walki, czy będziemy jak Francja w 1940, zdemoralizowana i gotowa przyjąć jakiegokolwiek okupanta z entuzjazmem, kwiatami, wypiętymi mieszkankami stolicy i gotowością wyrżnięcia wszystkich swoich Żydów żeby tylko Führer się uśmiechnął? To jest realne zagrożenie. Dysponowanie potężnym straszakiem to w takiej sytuacji atut który trudno przecenić.


Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale