W cieniu serialu telewizyjnego z Kaczmarkiem i Ziobrą w rolach głównych oraz całą czołówką polityczną w pozostałych rolach, uwadze opinii publicznej umknął fakt, że prezydent Lech Kaczyński odmówił podpisania nominacji sędziowskich. Zdarzenie jest bezprecedensowe, bo zgodnie z art. 179 Konstytucji "Sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony."
Kandydatów na sędziów merytorycznie ocenia Krajowa Rada Sądownictwa, która wypowiada się poprzez głosowanie. Natomiast sam podpis prezydenta nadaje sędziemu prawo orzekania w imieniu Rzeczypospolitej. Mało tego, prezydent jest zobowiązany dokonać tej czynności bez zbędnej zwłoki. Chociaż dokładnie nie wiadomo co to znaczy, ale zwyczajowo uznaje się, że prezydent dysponuje czasem niezbędnym (tydzień, pięć tygodni, ale na pewno nie pół roku) na przygotowanie nominacji, zorganizowanie uroczystości i ślubowania.
Powstaje zatem pytanie: co się zdarzy, jeśli prezydent nie złoży podpisu na nominacji i nie odbierze ślubowania od kandydata na sędziego? Po pierwsze, kandydat nigdy sędzią nie zostanie i po jakimś czasie straci szansę na wykonywanie tego zawodu. Po drugie, prezydentowi grozi Trybunał Stanu, ale... do tego trzeba zgody Zgromadzenia Narodowego i dużo, dużo czasu.
Żeby ten groźny mechanizm do końca opisać trzeba dodać, że podpis prezydenta decyduje też o awansach sędziowskich. Mówiąc inaczej, jeśli Lech Kaczyński odmówi podpisania awansu sędziego rejonowego na stanowisko sędziego sądu okręgowego, to ten nigdy nim nie zostanie, choć oczywiście uprawnień sędziowskich nie utraci. Będzie jednak niezależnie od wieku, kwalifikacji i zasług kisił się w sądzie rejonowym. Tym oto sposobem powstał mechanizm szantażowania środowiska sędziowskiego. Odmowa powołania sędziów w wydaniu Lecha Kaczyńskiego pozbawiona jest dodatkowo jakiegokolwiek uzasadnienia, a więc kariery i losy zainteresowanych uzależnione są od widzimisię głowy państwa.
Sędziowie to mądrzy ludzie. Potrafią czytać ze znaków na niebie i mimiki Zbigniewa Ziobry. Tak też to zostało pomyślane. Być może część środowiska zachowa się oportunistycznie, ale większość wie, że nie warto się poddać koniunkturalizmowi. Prędzej czy później świństwa i służalczość wychodzą na jaw, a później trzeba się tłumaczyć z grzeszków młodości, tak jak to robią niektórzy wysocy współpracownicy ministra Ziobry."


Komentarze
Pokaż komentarze (6)