Na początek dwie uwagi do poprzednich notek.
1. Pisząc papiestwie nie piszę o ludziach będących katolikami - teraz czy w przeszłości a o systemie. Nie zamierzam też negować ani tego, że wielu - niech będzie że większość - ludzi wierzyła szczerze, wedle najlepszej swojej woli i wiedzy, ani tego że bardzo wielu z nich na przestrzeni wieków zrobiło wiele dobrego.
2. Druga uwaga - notką o religiach nie pretenduję do precyzji w oipisyawniu ludzkich religijnych między innymi zachowań - nie jestem antropologiem kultury, po prostu uogólniając opisuję powszechnie znane (?) fakty.
Ale do rzeczy.
Sytuacja była pokrótce następująca: Cesarstwo Rzymskie trzeszczało i chyliło się ku upadkowi. Nie będę rozpisywał się o przyczynach tego - dość, że formuła według której było zorganizowane wyczerpała się. Cesastwo się dzieliło, łączyło, traciło terytoria, użerało jak nie z jakimiś barbarzyńcami to z własnymi obywatelami i w końcu nieustanne waśnie między augustami wcale w utrzymaniu jedności olbrzymiego imperium nie pomagalo.
I wtedy pojawiło się tam chrześcijaństwo.
Ściśle - pojawiło się ono tam wcześniej, bo już w pierwszym wieku, tuż po śmierci Jezusa, ale nie było za dobrze tam widziane - a to Neron se robił igrzyska a to kto inny... Słowem - było chrześcijaństwo prześladowane jako że chrześcijanie nie chcieli za nic stać się religią jak inne.
Nie chcieli chrześcijanie uznać cesarzy za bogów i za nic nie dało się ich przekonać, że to cesarz a nie Jezus jest najprawdziwszym królem podważając tym samym autorytet cesarzy chrześcijaństwo stanowiło akt zdrady stanu. Co prawda tylko jako myślozbrodnia, bez realnych działań, ale jako się rzekło - w owych czasach religię traktowano nadzwyczaj poważnie.
Ale jednocześnie chrześcijanon ani w głowie było wszczynanie buntów, byli pracowici, uczciwi i byliby (gdyby im tylko wybić z głów to "lekceważenie" ziemskiej władzy) idealnymi wręcz poddanymi.
Tym bardziej, że chrześciajństwo miało wręcz nieprawdopodobny "power" w rozprzestrzenianiu się i zdobywaniu coraz to nowych wyznawców - w ciągu pierwszego wieku gminy chrześcijańskie istaniały już wszędzie od Mezopotami po Hiszpanię i wyznawców wciąż przybywało - mimo prześladowań.
Przesłanie chrześcijaństwa miało niesamowitą siłę przyciągania - co było zresztą dodatkowym atutem z punktu widzenia interesów dowolnego państwa.
Dostrzegł to Konstatyn i - polumawszy się z co znaczniejszymi przedstawicielami chrześcijaństwa - postanowił to wykorzystać.
Piszę o "kumaniu się" bowiem motywy postępowania Konstantyna jakie przypisują mu "historyczne" przekazy to czysta legenda.
Poczynając od rzekomego objawienia przed bitwą przy Moście Mulewijskim w którym Chrystus przyobiecał mu zwycięstwo (niesłychane! - Jezus Chrystus mieszający się w wojenki, bitwy i zatargi polityków!) przez wszystkie jego działania aż po chrzest na łożu śmierci.
Jedynym świadkiem tego rzekomego chrztu był jegomość imieniem Euzebiusz, biskup zresztą.
Raz - na soborze w Nicei - sterujący chrześcijaństwem, raz wyklinany (ostatecznie arianie to też chrześcijanie i to wcale liczni i ktoś musiał nad nimi mieć pieczę) ale zawsze zachowujący DUŻE na Konstantyna wpływy.
Tak czy inaczej - Konstantyn uczynił chrześcijaństwo z prześladowanej i tępionej mniejszości na początek równouprawnioną religię a z czasem, w miarę wprowadzanych modyfikacji w doktrynie ogłosił chrześcijaństwo religią panującą.
(Nikogo nie zastanawia jakim to sposobem "chrześcijanie" natychmiast po ogłoszeniu edyktu mediolańskiego "nagle" stali się prześladowacami innych religii (i to niemal wyłącznie w Rzymie, gdzie indziej w znikomym tylko stopniu.
Skąd wiedzieli, że im wolno i w ogóle - skąd to przeobrażenie z łagodnych i bez protestu pozwalających się grabić, więzić i mordować ludzi w prześladowców? Ani chybi - cud!)
Potem jedynie Julian Apostata - człek naiwny - tam coś próbował mieszać, pozbawił "chrześcijan" urzędów ( :) ), nakazał zwrot zdobytych majątków i pozbawił ich prawa prowadzenia szkół.
(Pewnie dzięki temu zakazowi późniejsi "chrześcijanie" połapali się jak ważne jest kszrtałcenie i mocno tego przez wieki całe pilnowali).
Na szczęście już Teodozjusz (oczywiście Wielki) w roku 382 połpał się o co chodzilo Konstantynowi i "chrześcijaństwo" od tego czasu zyskało możliwość wywierania coraz większego wpływu na rzeczywistość.
Trochę to mylące - żadne przecież chrześcijaństwo a garstka panów z politycznymi ambicjami którzy szczęśliwie potrafili dogadać się z co rozsądniejszymi politykami.
Żeby jednak sojusz "Ołtarza i Tronu" mógł prawidłowo funkcjonować konieczne było stworzenie w łonie chrześcijaństwa jakiegoś ośrodka decyzyjnego, wąską grupę ludzi władnych określić co jest a co nie jest chrześcijańskie. Nie sposób przecież myśleć o zaprowadzeniu jakiego-takiego porządku w sytuacji, kiedy dogadywać się trzeba co do każdego drobiazgu z setkami biskupów szczególnie, że doktryna mimo wielu starań wymagała "dopracowania". (Dopracowywuje się ją zresztą po dziś dzień...)
Jako że z Jezusem dogadać się nie da - przy pomocy drobnego szalbierstwa i "właściwej" interpretacji Ewangelii wymyśliono etat papieża - najwyżeszego kapłana a w istocie "zastępcę Boga").
Państwo wzięło na siebie obowiązki "świeckiego ramienia" Boga i Kościoła co zresztą wymagało tylko wymyslenia odpowiedniego sformułowania bo przecież te obowiązki pełniło ono od dawna.
I wszystko niby grało, ale oto papieże czy to z nadmiaru ambicji, czy też że rzeczywiście uwierzyli w swoje nadzwyczajne możliwości urwali się z łańcucha i zaczęli realizować własne pomysły.
W istocie bowiem cesarzom jedynie wydawało się, że zyskali posłuszne narzędzie dzięki któremu umocnią władzę - dysponowali oni bowiem zaledwie dywizjami o które wieki później pytał towarzysz Stalin, papiestwo zaś władało duszami a to wbrew pozorom o wiele więcej.
Po rozbiciu dywizji nie zostaje wiele argumentów, rząd dusz zaś pozwala na to, by tworzyć i faktycznie kierować wciąż nowymi dywizjami.
CDN




Komentarze
Pokaż komentarze