Nie ma chyba odwrotu od aparatów cyfrowych. Ale dlaczego robię zdjęcia zwykłym aparatem i to na dodatek czarno białe?
Po pierwsze dlatego, że nie umiem robić dobrych zdjęć, a czarno białe udają sztukę. Ale jest i drugie, ważniejsze.
Co jakiś czas siadamy z żoną przy szafie, wyciągamy sterty zdjęć w albumach i luzem i się wzruszamy.
Za to nidgy nie oglądamy zdjęć zrobionych cyfrowym aparatem. Siedzących gdzieś w komputerze. Nie ma w tym magii. Ale za to czai się zagrożenie.
Wszystko co jest analogowe trwa. Papier, winyl. Gazety sprzed stu lat nadal dają się czytać. A ile już różnych dyskietek, syquestów, streamerów nie daje się odczytać, a mamy tam zachowane cenne teksty? Ile komputerów już zmieniliśmy? Ile się zepsuło? Ile rzeczy straciliśmy? Ale to co mam wydrukowane, jest, leży w szafie i jest dostępne.
Biblioteka kongresu kiedyś przeniosła na mikrofilmy wszystkie gazety a papier sprzedali lub wyrzucili. I się nagle okazało, że te filmy nie wytrzymały krótkiej próby czasu. Tak samo cyfrowe nośniki łatwo się niszczą. Wystarczy mała ryska na CD a już nic nie usłyszysz. A czarna płyta szumi, ale gra. lepiej gra.
Tak, aparatem cyfrowym mogę strzelać zdjęcie za zdjęciem, tysiące, może któreś będzie dobre, ale czy za 30 lat będę je oglądać? Pewnie nie, bo komputer szlag trafi, a CD, DVD już się nie uda odczytać, bo czytników nie będzie.
Zaraz powiecie, ale zdjęcia cyfrowe można wydrukować. No można, ale czy je drukujemy? "Wywołujemy"?
No a jak pojechać na dwa miesiące na pustynię Gobi z aparatem cyfrowym? Skąd prąd? I wystarczy jeden Efekt Carringtona a wszystko zniknie jak u Lema, kiedy zrobiła się masa krytyczna informacji w sieci.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)