Zaraz się okaże, ze jestem krypto-komunista. Ja z dzieciństwa mam same dosonałe wspomnienia. Co z tego, ze kretynka od Wychowania Obywatelskiego kazała nam czytać jakieś bzdury o ZSRR, co z tego, że na akademii spiewano piosenki tylko wlaściwe. Co to miało za znaczenie? Moim zdaniem raczej żadne. Każdy wnosl z domu co trzeba, i mozna bylo tak jak ja programowo i zlośliwie wbec siebie nie uczyć się ruskiego, a tych, ktorzy mieli z ruskiego piątke traktować w duszy jak zdrajców.
Ale czasy byly wspaniałe, swiecłlo slońce, telewizji bylo malo, w sklepach też było niewiele barachła, ktorym dziś jest świat zarzucony. I kiedy coś się jednak udawało trafić, to szczęście było wielotygodniowe. Kiedy w liceum, na placu Konstytucji w sportowym pojawiły się Kaestle i Fischery ( narty takie) a nie tylko Polsporty - to kupno takich nart dawało radość taką, jakiej dziś nie daje chyba nic. Bo dziś każdy może sobie kupić prawie wszystko, w granicach rozsądku finansowego. Poszedł człowiek do Pewexu, kupił Wranglery - czuł się jak półbóg jakiś. Ktoś dostał Levis'y zza granicy.... Komuś się udało banany kupić... Gdzieś się winogrona i arbuzy pojawiły. Papier toaletowy rzucili.... Maluśkie rzeczy dawały szczęście... I nie ważne, że były namiastką tego co za granicą.
Człowiek bywał naprawdę szczęśliwy, przez głupie materialne drobiazgi. Albo, że trafił dobrą książkę. Coś mi się zresztą wydaje, że dobrych było wtedy o wiele więcej.
Ale chyba najważniejsze było to, że rodzice wszstkich i przez to my, dzieci mieliśmy poczucie bezpieczeństwa. Nikomu nie grozilo bezrobocie. Nie było wątpliwości na studiach, że jak się je skonczy to nie będzie pracy. Była, lepsza, gorsza ale była. Nikt nie lądował na bezrobociu i nie było bezdomnych. I nie było w Polsce tak jak w Czechach, że dysydentów wysyłalo się na wieś do pracy w kotłowni. Znam takich.
Co więcej, wbrew powtarzanym kłamstwom przez wielu ludzi, za granicę można było jeździć. Jeśli ktoś umiał to załatwić. Zaproszenia, wizy, podanie w urzędzie paszportowym. Pamiętam, że w podtawówce sam chodziłem na Kruczą je składać. W podstawówce niewielu kolegów wyjeżdżał, ale to były lata 60te. W liceum? Połowa szkoły była za granicą. I to za Gierka. Który zudował trzy drogi, po których wszscy do dziś jeżdimy i bez nich byśmy mieli Warszawę i transport pólnoc południe zablokowane.... na naukę szły pieniądze. Dziś się je tnie.
A pierwszą kolę piłem w Bułgarii, kupioną w takim maluśkim kiosku nad morzem - przywiezioną z Turcji. To było dopiero szczęście.




Komentarze
Pokaż komentarze (7)