śp. Zbyszkowi Kasińskiemu, przyjacielowi, nurkowi wspaniałemu
Jesteś sam na sam z czterdziestometrowym słupem wody. Automat wysiada, nie ma powietrza i trzeba zdrowo grzać do góry. Nie wolno zatrzymać powietrza, nie wolno go raptownie wypuścić. I gdy człowiek o tym wie - to się boi i myśli: * Pojutrze siostrzenica wychodzi za mąż i pewnie nie będę na weselu*. Okrutny strach poparty świadomością i wiedzą. Doświadczony płetwonurek wie co ma robić. I wykonuje wszystko konsekwentnie - bo taka jest zasada. Innej możliwości po prostu nie ma.
Na początku było inaczej. Marzenia o tajemniczych głębinach, bajecznie kolorowych atolach z rafami koralowymi i tysiącami tęczowych ryb. Kto wtedy myślał o ryzyku?
Był rok 1957. Nikogo nie zrażał brak profesjonalnego sprzętu. Mieli przecież płetwy * Raje * i maski polskiej, rodzimej produkcji. Utworzyli Komisję Turystyki Podwodnej przy Zarządzie Okręgu PTTK, a potem - Klub Płetwonurków przy Oddziale Miejskim w Szczecinie. Inwestowali w te podwodne marzenia wszystko co mieli: skromne kieszonkowe, pracę w każdej chwili i przede wszystkim entuzjazm. Szczęście sprzyjało.
Jeden z ich pierwszych chałupniczych patentów mógł ich zbyt drogo kosztować. Ekipy ratownictwa górniczego likwidowały wówczas aparaty tlenowe, a oni sposobem przerabiali je i na tlenie technicznym, a nie medycznym nurkowali radośnie na 25 - 30 metrów. Do głowy im nie przyszło, że oddychanie tlenem i to w dodatku technicznym poniżej dziesięciu metrów jest calkowicie zabronione, gdyż staje się on trucizną. Bóg jeden wie, dlaczego skończyło się bez tragedii.
Potem skonstruowali pierwszą wodoszczelna obudowę do aparatu fotograficznego Smiena. Udało się wykonać kilka zdjęć w czystym podówczas Miedwiu. Cóż za wielka radość. Nawiązali kontakt z kilkoma klubami żeglarskimi. Handel wymienny: usługa - sprzęt. My wytniemy na przystani stare pale - wy nam dacie linkę, czy tez namiot.
Rozpoczęli współpracę z Polskim Ratownictwem Okrętowym w Szczecinie. Dyrektor był zapaleńcem. Wypożyczał sprzęt podobnym sobie, gdyż starzy konwencjonalni nurkowie niezbyt byli chętni do swobodnego buszowania w głębinach. Pierwsza współpraca na dobre z Muzeum Pomorza Zachodniego. Dyrektor Filipowiak i jego miłość - Wolin. Prace archeologiczne na Zalewie Szczecińskim w rejonie Brzózek. Znalezli szkielet lodzi budowanej bez gwozdzi metalowych, żarna i jeszcze gliniane skorupy. Łódz do tej pory jest eksponowana w muzeum. W roku 1962 kolejny rekonesans. Lokalizują stary port w Zatoce Kamieńskiej, a właściwie cały szereg skośnie wbitych podwodnych palisad, zabezpieczających przystań przed napaścią. Potem współpraca z Instytutem Geologicznym w Warszawie.Pracami z ramienia geologów kieruje wspaniały Ludomir Mączka. Poszukiwanie w Baltyku minerałów lub żwirów o określonej ziarnistości. Wielka przygoda. I jeszcze wiele przedsięwzięć.Roboty na telefon. Staja się samowystarczalni i bardziej doświadczeni. Równolegle zdobywają ostrogi rasowych płetwonurków. Kolejne stopnie instruktorskie.Prace w Bałtyku. Przy okazji wyciągają 35 kotwic. Niektóre z wybita swastyką. Zdarzają się także wpadki. Pracowali pod barką. Tylko metr pod lustrem wody, ale zawsze pod dnem berlinki. Na dwie śruby nawinęła się sieć o długości około 300 metrów.Śruby obracają się przeciwbieżnie. Fragment sieci naciągnięty był jak struna. W ruch poszły male nożyki. Przed zejściem przypominano, że do sieci nie wolno podpływać pod prąd, gdyż odcinane kawałki mogą smagać niczym bicz. Chwila nieuwagi. Płetwonurek błyskawicznie wypływa na powierzchnię. Chwyta powietrze chrapliwymi haustami. Aparat został w wodzie.
Wszystkie obozy krajowe stanowią podstawowy element szkolenia na wodach otwartych. Wyprawy poza granice Polski, to przede wszystkim rekreacja, turystyka podwodna z domieszką nauki. Na nie pracują cały rok. Zaliczyli Morze Śródziemne, Morze Egejskie, Morze Czerwone, Adriatyk, i ostatnio Ocean Atlantycki. Zakochali się w Morzu Czerwonym. Zatoka Akaba. Raj dla płetwonurków. Nurkowanie przypominało lot balonem w krystalicznie czystym powietrzu. Widoczność do 40 metrów, ciepła woda, cudowna paleta barw.

*Nurkowanie przypominało lot balonem w krystalicznie czystym powietrzu...*.
Niebezpieczeństwa? Na ladzie w Jordanii zdarzyło się, że kule gwizdały nad głowami. Pod wodą było bezpieczniej. Utrata orientacji, brak kontaktu z innymi płetwonurkami, prądy - te zagrożenia istnieją we wszystkich akwenach. Pełna asekuracja oraz jasne myślenie, przewidywanie, to jedyne antidotum. Szkolą więc adeptów swobodnego nurkowania, uczą rozumienia praw wodnej głębiny. A jest tak: kursant zanurza się z duszą na ramieniu. Pokonanie pierwszych dziesięciu metrów, to przełamanie olbrzymiej bariery strachu. Zwykle kursant nie reaguje na sygnały instruktora i wytrzeszczonymi oczami przeszukuje toń. Wystarczy byle zachłyśniecie i następuje seria panicznych odruchów. Czasem pójdzie dobrze. Wynurzenie i wielka radość. Płynący śladem adepta instruktor, rutynowo zbiera pogubione maski i fajki, w przygotowana wcześniej torbę. Wyższa szkoła jazdy - to awaryjne wyjście z głębokości 30 metrów z wyjętym ustnikiem, czy tez wyciągniecie nieprzytomnego nurka z 40 metrów dokładnie z szybkością ulatujących baniek powietrza, holowanie, zdjęcie ciężkiego sprzętu, reanimacja.
Był rok 1987. Rozmawialiśmy w magazynku Szczecińskiego Klubu Płetwonurków * Wodołazy * przy ulicy Barnima. Prezes Klubu: Edward Markowski, Zbigniew Kasiński - instruktor okręgowy, Feliks Sakowicz - instruktor klubowy oraz Leszek Markowski - instruktor klubowy, sekretarz zarządu. Mówili, że szkolą już trzecie * Wodołazów*. Dla wielu jest to klub rodzinny, stowarzyszenie rodzin podwodnych. Na małym basenie, pod okiem lekarza klubowego pani Jagny Topolskiej - Mierzejewskiej, dzieci płetwonurków - mówią o nich pieszczotliwie * kijanki * - poznają prawa wodnej toni.
Zapytam w roku 2019: jakimi szlakami nurkują teraz ich - *kijanek* dzieci, a zapewne i wnuki, w morzach i oceanach świata?
Lech Galicki


Komentarze
Pokaż komentarze